What Katie Ate: weekend Katie

2 września 2015

Bardzo dawno nie pisałam o książkach, bo i przyznam, że mało kulinarnych pozycji ostatnio kupuję. Od ubiegłego roku i jesiennych porządków kieruję się filozofią, że każdy zakup do domu należy dwukrotnie przemyśleć. Oduczyłam się kupowania impulsywnego na amazonie, odkąd ten wprowadził drakońskie opłaty za przesyłkę. Dlatego też w posiadanie drugiej książki Katie Quinn Davies weszłam niedawno – dopiero w dwa miesiące po jej polskiej premierze i nieco ponad pół roku po premierze w Austarlii.

Chwilę poczekałam, a cena spadła do 37 zł (cena okładkowa to aż 69 zł). Nie było się nad czym zastanawiać! Po obejrzeniu jej w empiku zamówiłam przez internet i w ciągu 48 godzin była już ze mną. Od pierwszego momentu, gdy wzięłam ją w rękę byłam nią całkowicie oczarowana. To bez dwóch zdań książka, która pod względem wizualnym jest w ścisłej czołówce kilkudziesięciu książek, jakie do tej pory udało mi się zgromadzić w biblioteczce.

Zdecydowanie różni się (wg mnie na plus) od pierwszej książki Katie „What Katie Ate„, o której pisałam ponad dwa lata temu. Druga część jest bardziej pogodna, a zdjęcia utrzymane są w jaśniejszej stylistyce. Bardzo mi to odpowiada. Przepisy są skomponowane w taki sposób, by można je było w miarę szybko przygotować na weekendowe spotkanie w gronie znajomych. Dodatkowo, dla ułatwienia lektura podzielona jest na kilkanaście rozdziałów:

  • śniadania i brunche,
  • weekend w Dolinie Barossa,
  • sałatki i zupy,
  • weekend w Dublinie,
  • drób, inne mięsa i ryby,
  • weekend we Włoszech,
  • warzywa,
  • weekendowe babskie lunche,
  • pizza makarony i pieczywo,
  • potrawy i napoje na przyjęcia,
  • meksykański weekend w moim domu,
  • słodkości.

 

 

Wszystko w tej książce je się oczami. Zmieniono, w stosunku do pierwszej części, także typografię. Mnogość czcionek już tak nie razi. To wydawnictwo jest po prostu idealne do gotowania i używania, podczas gdy poprzednie było raczej do patrzenia, bo gotować było z niej odrobinę trudno (ciemne, stylizowane kartki, maszynopis, a także często małe i nieczytelne czcionki).

 

Książka w wersji polskiej ma jednak małą wadę: zrobiłam z niej dopiero dwa przepisy, a już zauważyłam drobne niedociągnięcia w tłumaczeniu składników. Dlatego po książki zagranicznych autorów zdecydowanie lepiej sięgać w oryginale. Ale cóż, gdy cena z przesyłką zwala z nóg, to nie pozostaje nic innego jak sięgnąć po zdecydowanie tańsze tłumaczenie. Zgodnie z powiedzeniem: jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 😉

Te drobnostki nie przesłonią jednak faktu, że książka jest bardzo porządnie przygotowana (320 stron, ponad setka przepisów). Jest gruba, ciężka, wydrukowano ją na matowym papierze i zafundowano grubą oprawę. Miło z nią siedzieć wieczorem i powolnie przeglądać. Ta lektura się prędko nie znudzi i idealnie sprawdzi się jako książka na jesień. Zdecydowanie polecam!

Do kolejnego przeczytania,
E.
Follow Madame Edith on Instagram

 

 

 

 

Podobne wpisy

Komentarze

4 odpowiedzi na “What Katie Ate: weekend Katie”

  1. kitty green pisze:

    piekne zdjęcia w książce..ja nie chętnie kupuję książki…bo nawet jak kupię to z niej nie korzystam

  2. Vela pisze:

    Fenomenalna książka, bardzo podobają mi się zdjęcia jak i cała szata graficzna. 🙂

  3. Wiewióra pisze:

    piękna, jasna i bardzo smakowita! wiem, bo korzystam 🙂

  4. Anonimowy pisze:

    Pierwszą część przeglądałam w empiku, pamiętam, że aż oczy bolały od patrzenia. Za dużo czcionek, zdjęcia zbyt stylizowane (na mój gust). Chociaż pięknie wydana.
    Ciekawa jestem czy czytałaś Wielką księgę kucharską Williams i Kidd? Tysiąc przepisów i nie wiem od którego zacząć 😉
    Pozdrawiam, Wioleta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

What Katie Ate: weekend Katie


Bardzo dawno nie pisałam o książkach, bo i przyznam, że mało kulinarnych pozycji ostatnio kupuję. Od ubiegłego roku i jesiennych porządków [...]
@MadameEdith on Instagram