Hiroszima

2 października 2014

Jadąc do Hiroszimy trochę się bałam. Z jednej strony bardzo chciałam odwiedzić to miejsce, a z drugiej wiedziałam, że wesoło to raczej tu nie będzie… Wsiadając w shinkansen „Sakura” w Osace myślałam o tym, jakie miasto zastaniemy gdy już dojedziemy na miejsce za niecałe dwie godziny. To dość dziwne i nieco irracjonalne myślenie, ale czułam się jakbyśmy zmierzali do rejonu objętego jakimś konfliktem zbrojnym…

Hiroszima od pierwszej chwili nas zaskoczyła i oczarowała. Okazała się być bardzo zielonym i żywym miastem pełnym tramwajów. Nie ma tu metra, ale nie jest chyba bardzo potrzebne, skoro sieć tramwajowa jest tak dobrze rozbudowana. Podobno po wojnie różne miasta japońskie przekazały na rzecz Hiroszimy nieużywane tramwaje i przez wiele lat każdy wagon był tu inny, dzięki czemu było jeszcze bardziej kolorowo. Obecnie zauważyć można jedynie dwa rodzaje wagoników – te starsze, jak i niskopodłogowe – zupełnie nowoczesne.

Do hotelu dotarliśmy w niecałe 30 minut od dworca. Okazało się, że mieszkamy w samym centrum, jakieś 200 metrów od Kopuły Bomby Atomowej – budynku, a raczej pomnika, który upamiętnia zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki i który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budynek od 1915 roku był centrum wystawowym z halą wystawienniczą. Uważa się, że hipocentrum wybuchu znajdowało się ok. 150 m od niego. Był to jedyny tak blisko położony budynek, który nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Został zabezpieczony jako Pomnik Pokoju w stanie, w jakim znajdował się bezpośrednio po wybuchu.

Nasz hotel położony był jednocześnie tuż obok gwarnego pasażu handlowo-restauracyjnego, do którego udaliśmy się zaraz po tym jak zostawiliśmy bagaże w hotelu. W jednej z tamtejszych knajpek na późne śniadanie zjedliśmy niezły i naprawdę niedrogi ramen (rosół z makaronem i dodatkami np. krewetką w tempurze, serkiem tofu etc.), a następnie udaliśmy się na zwiedzanie miasta.

Pasaż nocą

Ramen z krewetką

Szybko znaleźliśmy się w Parku Pokoju usytuowanego na ogromnej zielonej wyspie w samym centrum Hiroszimy. To piękny teren – taka oaza spokoju i relaksu w samym sercu metropolii. Można tu spotkać tłumy Japończyków jeżdżących na rolkach, rowerach, czy uprawiających jogging. Na ławkach siedzą studenci i uczniowie w charakterystycznych uniformach i zaczytują się w książkach. Niektórzy wygrzewają się na trawie w promieniach wiosennego słońca.

Płaski budynek na drugim planie to Muzeum Pokoju

Dopiero nieco dalej, w głębi widać ogromny, raczej niewysoki budynek – to Muzeum Pokoju. Wstęp kosztuje symboliczne 50 JPY, czyli ok. 1,50 PLN. Wystawa jest bardzo sugestywna i prawdę mówiąc po półtorej godzinie mieliśmy dość i potrzebowaliśmy wyjść na zewnątrz. Oczywiście, wnętrza są zrobione doskonale – znajdziemy tu replikę Kopuły, wiele materiałów filmowych, zdjęć, czy pamiątek po ofiarach wybuchu. Są tu też schody prowadzące do jednego z banków, na których pozostał tylko cień niezidentyfikowanej po dziś dzień osoby, która czekała na otwarcie instytucji kiedy zastała ją eksplozja…

Miejsce to bardzo wpływa na psychikę i trudno po takiej wizycie dojść do siebie, czy się nawet uśmiechnąć przez kilka godzin. Po prostu z człowiekiem dzieje się coś takiego, co trudno opisać. W swoim życiu przeżyłam coś podobnego tylko raz – będąc z licealną wizytą na Majdanku w Lublinie i nadal uważam, że mając 15, czy 16 lat nie byłam na gotowa na taką wizytę. Zresztą, jak sądzę w każdym wieku trudno jest stawić czoła takiej ekspozycji.

Z drugiej jednak strony, już tej jaśniejszej i bardziej optymistycznej napiszę, że nigdzie wcześniej, ani potem w Japonii, nie bawiliśmy się tak dobrze wieczorami jak właśnie w Hiroszimie.

Piliśmy sake z Japończykami w restauracji, w którym nikt nie mówił słowa po angielsku. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności dogadaliśmy się zarówno z kelnerką, jak i siedzącymi koło nas gośćmi. Oczywiście byli oni zadziwieni jak diabli, gdy wparowaliśmy do lokalu. Gajdzini (po japońsku dosłownie „obcy”; słowo używane do określenia cudzoziemców) wchodzący do japońskiej knajpy z menu wymalowanym (dosłownie!) na czterech stronach. Zobaczcie filmik i zdjęcia:

Patrzyli się na nas z lekkim politowaniem jak byśmy co najmniej byli niespełna rozumu. Ha, pewnie myśleli, że zabłądziliśmy i że zaraz sobie pójdziemy, a my nie! Rozsiedliśmy się wygodnie przy barze z widokiem na uwijających się jak w ukropie kucharzy. Nie wiedzieliśmy co i jak zamówić, więc wszyscy dookoła zaczęli nam pomagać wskazując na swoje talerze i albo kiwając palcem na nie, albo głaszcząc się po brzuchach wskazywali czego powinniśmy spróbować 😉

Restauracja wglądała trochę jak „mordownia”, na szczęście tak wyszła tylko na zdjęciu, a jej klientami (poza nami) były wyłącznie tzw. „białe kołnierzyki”, czyli pracownicy korporacji, którzy po pracy szli na piwo i późną kolację.

Sake i piwo

Sashimi

Coś na kształt szaszłyku z mięsa mielonego owiniętego w plaster boczku

Ponownie japońskie szaszłyki, ale tym razem w wersji szparagi + boczek

Japoński omlet

Kurczak

Kurczak w boczku

Innym razem poszliśmy do trzypiętrowego budynku wypełnionego po brzegi knajpkami z okonomiyaki i też było super! Nigdzie nie spotkaliśmy tylu serdecznych ludzi, czy to w restauracjach, na ulicy, czy w niezliczonych herbaciarniach. A dodam jeszcze, że ceny w Hiroszimie były zdecydowanie niższe od tych w Osace, czy Tokio.

Lokale serwujące okonomiyaki

Okonomiyaki w Hiroshimie – było niezłe, choć to z Osaki zdecydowanie przodowało

Nasz ulubiony sklep z herbatą. Odwiedzaliśmy go kilka razy.

To się nazywa wybór!

Nie obyło się też bez wizyty w salonie pachinko – przegraliśmy tam na różnych automatach chyba 1000 JPY, czyli ok. 30 zł 🙂

Atrapy deserów na wystawie w kawiarni

Autentyczny deser gotowy do zjedzenia 🙂
Lody z mango
Jedna z wielu typowych restauracji z japońską kuchnią

Urocza cukiernia

I choć spędziliśmy tam trzy dni, to wyjeżdżając czuliśmy duży niedosyt. Hiroszima to piękne miasto, choć z pewnością ludzie żyją tu w jakiejś mierze w cieniu historii i w wielu miejscach napotykają obiekty, które pamiętają lub przypominają wydarzenia z 6 sierpnia 1945 roku.

Decyzja, by zawitać w tę część Honsiu była zdecydowanie jedną z lepszych. Według mnie to punkt obowiązkowy wizyty w Japonii.

Tak sobie myślę, że gdyby wszystkich zbrojnych, jak i religijnych przywódców, generałów, decydentów, czy polityków wysłać tam na obowiązkową wycieczkę do Muzeum Pokoju, to świat byłby inny. Lepszy i bezpieczniejszy.

E.

P.S.
Jednego dnia w Hiroszimie spotkaliśmy dwóch Amerykanów. Rozmawialiśmy o naszym planie wycieczki i wymienialiśmy opinie odnośnie trasy oraz wartych odwiedzenia miejsc. Byli właśnie po wizycie w muzeum, która jak było widać zrobiła na nich ogromne wrażenie. Mówili, że obawiali się, że ich tam nie wpuszczą ze względu na narodowość. Ręce im się trzęsły i co chwilę powtarzali „to nasza wina, to nasza wina…”

Podobne wpisy

Komentarze

11 odpowiedzi na “Hiroszima”

  1. Anonimowy pisze:

    Jak zwykle z ciekawością czytam Twój wpis.
    Tym razem się odzywam, ponieważ przypomniał mi się artykuł, który ktoś mi kiedyś podesłał: http://www.piotrskarga.pl/czysciec,2121,3062,p.html?nrs=1. Ciekawa jestem czy to rzeczywiście prawda i czy jest tam jakiś ślad, ten dom np?.

    • Madame Edith pisze:

      Bardzo ciekawa historia! Nie wiedziałam o tym wcześniej. Muzeum o niej nie wspomina, o ile dobrze pamiętam. Generalnie było powiedziane tylko tyle, że w promieniu 1,6 km od epicentrum wybuchu wszystkie budynki zostały doszczętnie zniszczone. Tylko gmach Kopuły ocalał w takiej formie jak widać go dziś.

    • Mątewka pisze:

      Coś mi się poprzedni komentarz nie zalogował.
      No właśnie ciekawa ale nie wiem czy do końca prawdziwa bo jak zwykle w Internecie różne sprzeczne informacje można znaleźć. Pomyślałam, że może na miejscu coś wiedzą:)

  2. Marta pisze:

    Ciekawy wpis. Nigdy wcześniej nie myślałam o Japonii jak o kraju, który chciałabym zwiedzić, lecz Twój wpis o Hiroszimie robi duże wrażenie i pokazuje jak pięknym jest miastem. PS. Jestem zdania, że niedosyt jest wrażeniem lepszym niż przesyt, gdyż pozostawia milsze wspomnienia.
    Pozdrawiam
    Marta

  3. T pisze:

    Takie nastawienie przed podróżą – jak to będzie itp. miałem podobne, gdy odwiedzałem Katyń. Tam jednak naprawdę nie było wesoło ani też w samym mieście. Jednak odcisnęło się w tym miejscu pewne piętno.

  4. Anonimowy pisze:

    Kochana Edith, napisz post o pociągach. Jak zobaczyłam powyższe zdjęcia, to poczułam się jak w dalekiej podróży do przyszłości. Nie mogę sobie nawet wyobrazić TAKIEJ przyszłości w Polsce. Może już za życia moich prawnuków…

    • Madame Edith pisze:

      O pociągach będzie oddzielny wpis, bo najeździliśmy się nimi co niemiara 🙂 Mamy też sporo zdjęć i kilka filmików. Co tu dużo mówić, prawda jest taka, że nawet w Szwajcarii nie ma takich luksusów w pociągach, czy na dworcach jak w Japonii. To jakby inna galaktyka podróżowania i wbrew pozorom nie taka droga 🙂

      Pozdrawiam ciepło,
      E.

  5. Anna Kowalska pisze:

    wpis jak na zamówienie, wczoraj dokładnie rozmawiałam z koleżankami, które tam były, ja mam w planie odwiedzić Hiroszime, ale nie wiem kiedy, w każdym razie Twój post utwierdza mnie w przekonaniu, że trzeba tam pojechać.
    A propos kuchni, nigdy nie spotkałam sie z tak podaną sake, całkiem ciekawe 🙂

    Pozdrawiam 🙂

  6. Chyba wiem o jakim uczuciu mowa – przeżyłam coś takiego po wizycie w Oświęcimiu i Brzezince. Nie mogłam powstrzymać łez a po wyjściu jeszcze przez kilka godzin ciężko było się uśmiechnąć.

  7. Joanna pisze:

    Czy pamiętasz nazwy restauracji, o których piszesz (albo jestes w stanie podać ich lokalizację)?

    • Madame Edith pisze:

      Joanno, okonomiyaki jedliśmy w wielkim kompleksie Okonomi-mura. Zamówiliśmy tam, gdzie nam się najbardziej podobało, ale na każdym piętrze było podobnie. Ramen zaś znaleźliśmy na Hon Dori w jednym z lokali z wystawionymi w oknie daniami. Japońskiej restauracji niestety nie znajdę. Wejście widać na filmie, ale nazwa jest tylko po japońsku :-/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Hiroszima


Jadąc do Hiroszimy trochę się bałam. Z jednej strony bardzo chciałam odwiedzić to miejsce, a z drugiej wiedziałam, że wesoło to raczej tu nie [...]
@MadameEdith on Instagram