Jokohama

3 stycznia 2015

Dokładnie rok temu, 3-go stycznia zarezerwowaliśmy bilety do Japonii. Jestem w okrutnym niedoczasie, gdyż z tej podróży mam jeszcze wiele wpisów, które czekają na publikację i prawdę mówiąc obawiam się, że nie zdążę tego zrobić przed kolejnymi wyjazdami. Mam zamiar wziąć w garść i do końca lutego nadrobić zaległości, które namnożyły się w związku z okresem świątecznym i publikacją głównie nowych przepisów. Kiedy myślę o Jokohamie przychodzi mi do głowy jedno zdanie: „Muszę tam wrócić!”. To, obok Osaki i Tokio, miasto, które odwiedziłabym w pierwszej kolejności jadąc ponownie do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jokohama ma wiele obliczy: z jednej strony to gigantyczna metropolia (ponad 3,5 mln mieszkańców – drugie największe po Tokio miasto Japonii) z drapaczami chmur, a z drugiej bardzo przyjemne, pełne zieleni miejsce do życia i pracy (przynajmniej na pierwszy rzut oka).

Do Jokohamy z Tokio można dotrzeć jednym z wielu podmiejskich pociągów w kilkanaście minut. Można też skorzystać z transportu typu Shinkansen. Oba miasta leżą bardzo blisko siebie nad Zatoką Tokijską, a pomiędzy nimi wciśnięte jest jeszcze Kawasaki. Jadąc tu trudno jest zauważyć w którym miejscu kończy się Tokio, a zaczyna Jokohama.
Jedynie głos z głośnika oznajmia, że zbliżamy się do właściwej stacji. Na dworcu, podobnie jak w stolicy, panuje ruch i z początku trudno się zorientować w którą stronę należy się kierować. Po chwili jednak dostrzegamy rozrysowaną mapę i strzałki do centrum. Okazuje się jednak, że droga wiedzie przez „pole minowe”, którym w tym przypadku jest ogromne, częściowo podziemne, centrum handlowe.

Japończycy kochają europejskie marki – na zdjęciu sklep słynnego Belga – Pierre Marcolini, mistrza czekolady – pisałam o nim także we wpisie „Belgijska czekolada

Japońskie centra handlowe ulokowane są we wszelkiego rodzaju podziemnych przejściach i wyrastają często kilka pięter na powierzchnię. To coś niebywałego!

Ilość towaru onieśmiela chyba każdego Europejczyka.
Serio, w Europie takich rzeczy po prostu nie ma. Albo są, jednak zdecydowanie nie w takiej ilości na 1 m2. Nie jestem w stanie nawet tego opisać słowami. To coś tak szokującego, że sama po wylądowaniu i dotarciu z lotniska na dworzec w Osace przez kilka minut stałam z otwartą buzią i dosłownie gapiłam się na te wszystkie łakocie, cukierkowe ubrania, słodkie skarpetki, czy w końcu talerze i dzbanuszki poustawiane na sklepowych wystawach w największym podziemnym japońskim centrum handlowym. Japonia pod tym względem jest obłędna i trudno nie przechodzić koło tych wszystkich butików bez rzucenia na nie choćby okiem. Powiem szczerze, że w obliczu takiego dobrobytu (zakładam, że ludzie w końcu kupują te wszystkie „pierdółki”) cały nasz kontynent wygląda nader blado. I większość Europejczyków będzie bardzo zaskoczona stawiając swoje pierwsze kroki w miejscu, w którym każda rzecz aż się śmieje do kupujących. Tu wszystko jest piękne i dopieszczone w każdym detalu, co najmniej jak w londyńskim Harrods’ie.

Przedarłszy się przez galerię handlową i minąwszy most przerzucony nad jednym z wielu kanałów/dopływów rzeki dotarliśmy do centrum biznesowego i głównej siedziby Nissana. Można tu pooglądać najnowsze modele samochodów, jak i niektóre prototypy.

Dzielnica biznesu składa się z wielu budynków, które mimo wszystko sprawiają wrażenie przyjaznych i ładnie wkomponowanych w krajobraz. Co ciekawe Jokohama się ciągle rozbudowuje: między częścią biznesową koło dworca, a centrum miasta jest spora przerwa i podejrzewam, że wkrótce na tym terenie powstaną nowe drapacze chmur.

Po około kwadransie, przechodząc koło nietypowego jak na ową dzielnicę zabudowania – stylizowanego urzędu stanu cywilnego, dotarliśmy już na główną ulicę – deptak usytuowany między kolejnymi wysokościowcami w dzielnicy Minato Minai 21.

Urząd stanu cywilnego

Dostrzegamy tu jednak coś niebywałego! Budynki zostały postawione w znacznej odległości od siebie, dzięki czemu jest tu mnóstwo miejsca na bardzo szerokie chodniki, fontanny, czy wspaniałe kwietniki. Jak się domyślacie dzielnica jest stosunkowo młoda, gdyż prace nad nią trwały od lat ’80-tych i została zaprojektowana w bardzo mądry i przemyślany sposób. Mimo wieżowców dookoła widzimy słońce i nie czujemy się przytłoczeni.

Wstępujemy na małe co nieco do kawiarni i zabieramy ulubione bananowe frappuccino (kliknijcie po przepis) w dalszą drogę.

Mijamy kolejne budynki, które porośnięte są bujną roślinnością. Podejrzewam, że latem toną w zieleni.

Po przejściu ok. 1 km szerokim bulwarem przez Minato Mirai dochodzimy do nadbrzeża, przy którym znajduje się ogromniasty diabelski młyn z prawdziwego zdarzenia, statek – muzeum, a także pirsy, przy których cumują wielkie promy.

Nas jednak interesował główny punkt widokowy miasta zlokalizowany w budynku tuż obok – Yokohama Landmark Tower. To bardzo charakterystyczna wieża mierząca 298,5 m. Winda prowadząca na punkt widokowy jest najszybszą w Japonii, a budynek jeszcze do niedawna uchodził za najwyższy w państwie. Widoki są niesamowite! Wieżę obchodzi się z każdej strony, by zobaczyć panoramę całego miasta.

Przy sprzyjających okolicznościach (ponoć tylko przez kilka dni w roku) można stąd zobaczyć górę Fuji w całej okazałości. Nam się nie udało, choć i tak widoczność była zdecydowanie lepsza niż dwa dni wcześniej na Tokyo SkyTree. Jednak i tak smog tworzył jakby mgłę ograniczającą ostrość widzenia.

Widok na statek z góry

Prosto z wieży widokowej udaliśmy się w kierunku najbardziej barwnej dzielnicy Jokohamy – Chinatown, której poświęciłam osobny wpis.

Do przeczytania!
E.

P.S. wszystkie poprzednie wpisy z Japonii znajdziecie tu: „JAPONIA„.
Follow Madame Edith on Instagram

Metro w Jokohamie

Metro w Jokohamie

Chinatown w Jokohamie
Podobne wpisy

Komentarze

14 odpowiedzi na “Jokohama”

  1. charmante pisze:

    Ech, Japonia jest dla mnie póki co marzeniem – jeśli uda mi się kiedykolwiek tam pojechać będę spełniona kulinarnie. Pozdrawiam 🙂

  2. Anonimowy pisze:

    Czekam z niecierpliwością na dalszą relację o Japonii 😉
    Swoimi wpisami zachęciłaś mnie do odwiedzenia m.in. Madery, a teraz w planach mam wyjazd do Japonii 😉 Mam nadzieję, że uda mi się pojechać na wiosnę w 2016 😉

    Pozdrawiam,
    Magda z Lbn 😉

    • Madame Edith pisze:

      Magdo,

      bardzo się cieszę! Ogromnie mi miło, że moje wpisy z podróży są przydatne. Jestem przekonana, że na Maderze Ci się podobało, bo to niepowtarzalne miejsce pełne uroku.
      A Japonia na 100% podbije Twoje serce – po prostu nie ma innej możliwości. Sama już kombinuję jakby tam wrócić 😉

      Przesyłam serdeczne pozdrowienia,
      E.

    • Anonimowy pisze:

      Ooo, a czy większe towarzystwo może być? 😉

      Pozdrawiam,
      Magda z Lbn 😉

    • Anonimowy pisze:

      A Madera bardzo mi się podobała, nawet wczoraj mi się śniło, że byłam ponownie na Maderze 😉 Twoje wpisy o Maderze bardzo pomogły i zastosowałam się do Twoich wskazówek 😉

    • Madame Edith pisze:

      Magdo,
      póki co szukamy grupy na Islandię, więc gdybyś była chętna to pisz! 🙂
      E.

    • Anonimowy pisze:

      Islandia, i północne tereny to moje klimaty 😉 Lubuję się w Skandynawii, zwłaszcza Norwegia to moja wielka miłość 😉
      Mam zamiar kiedyś wybrać się na Svalbard i Grenlandię 😉 Marzy mi się też wyprawa za koło podbiegunowe zimą aby zobaczyć zorzę polarną, oraz mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wybrać na festiwal muzyki lodowej w norweskiej wiosce Geilo 😉

      Pozdrawiam,
      Magda 😉

    • Anonimowy pisze:

      Kiedyś byłam w Szkocji, ale nie udało mi się zobaczyć Wyspy Owcze, a tam tez kiedyś bym chciała się wybrać…

      Pozdrawiam,
      Magda 😉

    • Madame Edith pisze:

      Magdo,
      Wyspy Owcze są także na liście moich marzeń. I stanowią poważną konkurencję dla wyprawy na Islandię. Aż trudno podjąć decyzję gdzie udać się w pierwszej kolejności, bo oba kierunki bardzo kuszą…

      Serdeczności!
      E.

  3. Anonimowy pisze:

    Wygląda to wszystko wprost niewiarygodnie ,gorąco pozdrawiam i dziękuję za tak piękne zdjęcia .Już wiem gdzie można pooglądać cuda świata :))

  4. Lech pisze:

    Edytko,

    Twoja relacja jak zwykle jest dopracowana i ciekawa. Daje pojęcie o tym co może nas spotkać w Jokohamie.
    Nie o tym jednak chciałem:
    Moją uwagę przykuło 1 zdjęcie z muzeum Nissana. Bardzo dobrze , że to uchwyciłaś.
    Nissan Figaro !
    Nie mogę pojąć jak firma mająca tak niesamowicie piękny projekt mogła go zarzucić a produkuje takie brzydactwa jak Juke czy nie przymierzając Note lub Cube lub kilka lat temu ohydną Primerę.
    Sukces Fiata 500, który trzyma właściwie na powierzchni całą firmę pokazuje, że warto produkować ładne auta.
    Figaro, szczególnie jako miejskie, kobiece auto miałby ogromne szanse na światowy przebój. Jestem o tym przekonany.

    • Baltica pisze:

      Z samochodami to jest niestety tak, że dany model może być produkowany na dany rynek. I koniec. Masz rację – Juke to tragedia. Ale tak samo jest w USA – mają tam cuda jeżdżące po ulicach, których w Europie nie uraczysz. Taka sprawiedliwość 😉

  5. Baltica pisze:

    Witam serdecznie 🙂
    Na Twojego bloga trafiłam w związku z planowaniem wycieczki do Japonii i mam pytanie (być może nie doczytałam jeszcze) – jak najlepiej poruszać się po Yokohamie, jeśli chcę odjechać od strefy wybrzeża np. w stronę zoo ? Czy istnieją jakieś one-day-passy i są opłacalne?
    Zakładam również, że Yokohama = jeden dzień na zwiedzanie conajmniej ?

    Pozdrawiam 🙂

    • Madame Edith pisze:

      Baltico,
      my byliśmy 1 dzień, ale chętnie byśmy wrócili tam raz jeszcze. Dużo chodziliśmy na piechotę. Do China Town pojechaliśmy metrem 🙂 Nie poruszaliśmy się innymi środkami transportu. Nie byliśmy w zoo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Jokohama


Dokładnie rok temu, 3-go stycznia zarezerwowaliśmy bilety do Japonii. Jestem w okrutnym niedoczasie, gdyż z tej podróży mam jeszcze wiele [...]
@MadameEdith on Instagram