Kioto

14 maja 2014

Niezwykle trudno jest pisać o Kioto, bo pełne jest sprzeczności i kontrastów. To miasto, w którym od razu widać, że tradycja zestawiona jest z nowoczesnością. W metrze i na ulicach spotkacie wiele kobiet ubranych w klasyczne kimona i noszących eleganckie, malutkie torebki, w których obowiązkowo znajduje się smartphone. Oboje z Monsieur mamy mieszane uczucia co do Kioto.

Z jednej strony ma wiele pięknych, naprawdę wspaniałych zabytków i urokliwych miejsc, ale z drugiej jest totalnie zadeptane przez ogrom turystów, przez co wymyka się jednoznacznej ocenie. Odbiór Kioto jest zdecydowanie utrudniony z tego powodu.

Wysiadając na ultra nowoczesnym, gigantycznym dworcu dostrzegamy przepych i bogactwo, a także ogromne rzesze ludzi, którzy każdego dnia przemierzają trasę Osaka-Kioto, bo po prostu mieszkają w jednym z tych miast, a pracują w drugim. Podróż na szczęście zajmuje jedynie 15 minut (Shinkansenem) lub 25-29 pociągiem podmiejskim – jest szybka i w miarę komfortowa nawet wolniejszym pociągiem, który zatrzymuje się na kilku stacjach.

Przed dworcem stoi Kyoto Tower – wieża telewizyjna i punk widokowy o wysokości 131 metrów. Jest to jednocześnie najwyższy budynek w mieście i świetny punkt orientacyjny.

Przy głównej ulicy odchodzącej od dworca spotykamy wiele sklepów, w tym znany z Osaki sklep z elektoniką – Yodobashi. Idąc dalej w kierunku centrum miniemy wiele świątyń, jak i…

… kwitnących wiśni. Mieliśmy dużo szczęścia, bo podczas naszej wizyty drzewa te właśnie zakwitły (trzeba pamiętać, że kwitną tylko przez około 1 tydzień w ciągu roku).

W Kyoto spędziliśmy dwa dni, ale i tak zabrakło nam czasu na co najmniej połowę miejsc, jakie powinniśmy odwiedzić. Skupiliśmy się na najważniejszych. Na jednym z blogów przeczytałam, że „Kioto jest małe i można je złazić na piechotę”. Było to wierutne kłamstwo, które pokrzyżowało nasz misternie ułożony plan zwiedzania i tym samym już na wstępie kilka rzeczy musieliśmy z niego wykreślić.

Idąc w bardzo ciepły, wiosenny dzień po ulicach zdążyliśmy się zmęczyć po godzinie marszu, na długo zanim doszliśmy do pierwszego punktu naszego programu. Krótko mówiąc dostaliśmy tam niezły wycisk i to na własne życzenie, a pogoda dopisała aż zanadto 🙂

Wędrówek po Kioto nie ułatwia także fakt, że z trzech stron otoczone jest sporymi wzniesieniami i co rusz trzeba podejść nieco w górę lub w dół. Wiele świątyń i miejsc wartych odwiedzenia usytuowanych zostało bowiem właśnie na zboczach, ale dzięki temu widoki są bardzo przyjemne.

Podczas całej podróży w żadnym innym miejscu nie pokonaliśmy tylu kilometrów na piechotę. Kioto to naprawdę bardzo rozłożyste miasto, a główne atrakcje są po nim porozrzucane. Dlatego też wycieczka nie obędzie się bez wykupienia dziennego lub dwudniowego biletu na środki komunikacji miejskiej, czyli „Kyoto Sightseeing Pass” (1200 YPY za 1 i 2000 JPY za 2 dni – odpowiednio około 36 i 60 zł).

Komunikacja miejska, a zwłaszcza metro, które ma dwie linie – z północy na południe i z zachodu na wschód, jest na bardzo wysokim poziomie. Na stacjach można dostać mapkę z rozrysowanymi liniami autobusowymi, a te jeżdżące do zabytków mają wszystko wypisane na tablicach. W Kioto wszyscy spotkani przez nas kierowcy autobusów mówili co nieco po angielsku, więc bez problemu można było się upewnić, czy aby na pewno jedziemy we właściwym kierunku.

O ulicach w Kioto oraz metrze mam dla Was krótki film:

Niewątpliwie miasto ma fantastyczne zabytki i kilka ulic / dzielnic, które są niezwykłe (przedstawię je w następnych wpisach), ale samo w sobie jest już mniej ciekawe i niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że centrum jest pozbawione charakteru.

Uliczki przy samym ratuszu

Wiszące zewsząd kable i druty to coś, co chyba najbardziej psuje krajobraz tego potężnego miasta. Aż dziw bierze, że w sercu półtoramilionowej metropolii taki widok jest standardem.

Co też ciekawe: niektóre świątynie zostały totalnie obudowane współczesnymi budynkami i stoją sobie gdzieś na takim placyku samotnie. Wyglądają jakby były niepasującym elementem układanki. To kolejna zaskakująca rzecz, jaka zwraca uwagę w Kioto.

Momentami ma się tam wrażenie jakby Japończycy wcale nie dbali o swoje dziedzictwo i tradycję, a z drugiej strony to właśnie w Kioto spotkamy najwięcej osób ubranych w klasyczne kimona, o czym już wspomniałam…

Pokazuję Wam te rzeczy dlatego, byście nie myśleli, że „Kioto to najpiękniejsze miasto w Japonii”, bo taką tezę często lansują książki, filmy, czy przewodniki. Osobiście jej nie neguję, a tylko lekko podważam, wszak wszystko zależy od naszej estetyki i gustu.

Przejdźmy jednak do ładniejszych miejsc i zabytków, jakie odwiedziliśmy pierwszego dnia.

Rozpoczęliśmy od kilku pomniejszych świątyń właśnie w centrum miasta, po czym udaliśmy się do parku wokół Pałacu Cesarskiego.

Park jest wielki, a alejki niespotykanie szerokie. W niektórych miejscach kwitły wiśnie, ale zasadniczo nie ma tam zbyt wiele do oglądania poza pałacem. Będziecie szczęściarzami jeśli uda Wam się zdobyć wejściówki, które pozwalają zwiedzić pałac w grupie z przewodnikiem (tylko w ten sposób można wejść do środka i na ogrodzony teren okołopałacowy, a darmowe bilety rezerwować można przez tę stronę). Ale istotna uwaga: strona często nie działa, a jak już działa, to proponuje terminy na 4-5 miesiące do przodu, tak więc planując podróż z mniejszym wyprzedzeniem o wejściu do środka można zapomnieć. Kiedy weszłam na nią na początku stycznia z zamiarem rezerwacji wejściówek okazało się, że owszem możemy się zapisać, ale na koniec … maja!

Najciekawszymi miejscami, jakie odwiedziliśmy pierwszego dnia były niewątpliwie:

  • okolica stacji metra Keage, gdzie na nasypie kolejowym rośnie kilkaset drzewek wiśniowych, które wyglądają oszałamiająco

  • Świątynia Nanzenji – położona niedaleko stacji metra Keage, w zalesionych górach Higashiyama. Jest to jedna z najbardziej znanych i często odwiedzanych świątyń w Kioto. Miejsce bardzo malownicze, ale też okrutnie zatłoczone.

Tak się złożyło, że w Kioto byliśmy w Urodziny Buddy. W ten dzień w świątyniach buddyjskich wystawia się figurki solenizanta, które polewa się za pomocą małych chochelek słodzoną zieloną herbatą.

  • „Spacer Filozofa” – to piękna trasa spacerowa po wzgórzach otaczających miasto (więcej na ten temat przeczytacie we wpisie: „Kioto – Spacer Filozofa„)

  • Świątynia Heian – możecie ją kojarzyć m.in. z filmu „Między słowami” („Lost in translation”)

  • wielka bramę Torii, która stoi na wprost świątyni i przebiega pod nią ulica

Wydaje mi się, że Kioto trzeba sobie poukładać w głowie i przetrawić. Na spokojnie i bez pośpiechu.
Nie jest to miasto proste i oczywiste, jakie wyzierało ze stron mojego przewodnika i mnóstwa blogów, które odwiedziłam podczas trzymiesięcznych przygotowań do wyjazdu.

Wspominając Kioto moje myśli błądzą i trudno mi się skupić. Wydaje mi się jednak, że to minie, bo wpisy o herbacie, spacerze filozofa, jak i najpiękniejszych zabytkach mam już naszkicowane, co można odczytać za dobrą wróżbę 🙂

Do kolejnego przeczytania!
E.

P.S. Więcej o Japonii przeczytacie we wpisach:

Podobne wpisy

Komentarze

12 odpowiedzi na “Kioto”

  1. taro-bun pisze:

    Bardzo interesuje mnie to "tradycyjne Kioto", aczkolwiek muszę przyznać, że pierwsze zdjęcie dworca zapiera dech w piersiach.
    Jeśli chodzi o te druty i kable, to dla mnie jest to coś bardzo charakterystycznego dla Japonii, więc mi to absolutnie nie psuje widoku, a wręcz czyni go ciekawszym. Z tego co pamiętam, to powód dlaczego te kable są nad ziemią, jest taki, że po prostu łatwiej jest je reperować, co w przypadku dużej ilości trzęsień ziemi nie jest znowu wcale takie głupie.

  2. Edyta pisze:

    Tak sądziłam, że wspomnisz o tym, że Kioto jest zadeptane przez turystów. Niemniej i tak chciałabym je zobaczyć, bo to jednak jedno z najstarszych miast Japonii, dawna stolica tego kraju i siedziba cesarza. No i te stare dzielnice! W głowie najmocniej utkwiły mi Gion i Ponto-chō.
    Piękne zdjęcia Edith 🙂

  3. Ania pisze:

    Dokladnie to samo pomyslalam o kablach nad ulicami, przeciez to kraj nawiedzany przez trzesienia ziemi, i rzeczywiscie ma to swoj specyficzny urok.

  4. Ta wisząca plątanina kabli na którą mówię ,,koszmar elektryka" 😀 jest chyba charakterystyczna dla całej dalekowschodniej Azji 😉 Przynajmniej taki widok stanowił normę w Tajlandii, Kambodży, Malezji, Indonezji, chyba tylko w Singapurze ich nie widziałam chociaż nie jestem pewna ^_^ Stąd wniosek, że Japonia także wpisuje się w trend 😉 Czekam na dalsze wpisy i pozdrawiam 🙂

  5. Madame Edith pisze:

    Wydaje mi się, że jednak nie do końca można tłumaczyć te wiszące kable trzesięniami ziemi, bo jednak na głównych ulicach ich nie ma. Za to na wszystkich bocznych są. W Tokio, Osace, Horoszimie, czy Jokohamie w centrum ich nie dostrzegłam w tak wielkiej liczbie jak tu. Za to były powszechne w mniejszych miastach np. Takayamie.

    Takie rozwiązanie jest też często spotykane na Węgrzech, czy Słowacji, więc to nie jest tylko i wyłącznie azjatycka specyfika 🙂 Może to też kwestia oszczędności? Choć z drugiej strony Japończyków raczej bym o nią nie podejrzewała 😉

    Muszę przyznać, że czytając bardzo pozytywne, pełne zachwytów opinie byłam jednak nieco rozczarowana wizytą w Kioto. Może też dlatego tak zaskoczyła mnie plątanina kabli w samym centrum, że miasto nie spełniło do końca moich oczekiwań…?

    Bardzo serdecznie Was pozdrawiam,
    E.

  6. Ania pisze:

    Kiedys kable zawsze lecialy gora, na przyklad we Francji mozna je spotkac jeszcze na wsiach i w malych miejscowosciach. A teraz dazy sie do tego, zeby byly zakopane i nie uszkadzaly ich wichury. Wszedzie tam, gdzie sa nisko, jest niebezpieczenstwo, ze jakas ciezarowka o nie zahaczy, wiec na pewno dlatego nie ma ich na glownych ulicach.

    • Madame Edith pisze:

      Aniu,
      zdecydowanie tak – wichury, czy ostre wiatry mogą także uszkodzić wiszące kable.
      Ale akurat w Kioto sama widziałam jak mniejsza ciężarówka wjeżdżała nawet w taką boczną uliczkę z towarem do restauracji, bo tam jest właśnie mnóstwo lokali, czy sklepów, do których trzeba dostarczać towar etc. Podejrzewam, że na głównych ulicach nie ma kabli ze względów estetycznych.

      Serdeczności,
      E.

  7. (Już zasubskrybowałam bloga, kliknęłam obserwację na instagramie, lajknęłam na fb, żeby nie zapomnieć! Wrócę do tych relacji w wolnej chwili. Na razie powiem, że pięęęękne zdjęcia!)

  8. Kinga pisze:

    Świetny tekst, piękne zdjęcia. Dziękuję. 🙂 Niedługo wybieram się do Kioto niestety na krótko, więc Pani wpisy na pewno pomogą mi wybrać to, co najbardziej warto zobaczyć. Niby wiem co i jak, ale tego jest tak dużo, że ciężko z jakiegoś obiektu zrezygnować. 😉
    Dodatkowo pozwolę sobie sprostować co do urodzinowej herbaty Buddy. Otóż to nie jest zielona herbata, tylko napar z rośliny Gynostemma pentaphyllum (jap. amachazuru), który jest naturalnie słodki i nie są dodawane do niego żadne substancje słodzące. Sama miałam okazję pić ów napój i był on dla mnie sporym zaskoczeniem, szczególnie w smaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Kioto


Niezwykle trudno jest pisać o Kioto, bo pełne jest sprzeczności i kontrastów. To miasto, w którym od razu widać, że tradycja zestawiona jest z [...]
@MadameEdith on Instagram