fbpx

Pekin: street food

11 lipca 2015

Pekiński street food, czyli uliczne jedzenie, przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Bez wątpienia Chińczycy są mistrzami kulinarnymi, co przekłada się także na ich niewyobrażalną fantazję, która dosięgła także jedzenie prosto ze straganów. Stoiska te można spotkać w różnych częściach Pekinu – koło metra, na środku ulicy lub w specjalnych jedzeniowych ciągach. Powiem szczerze, że zdecydowałam się na nieliczne z frykasów, jakie pokażę Wam w dzisiejszym wpisie. Będzie trochę strasznie, ale na szczęście też nieco śmiesznie. Ale uprzedzam momentami będzie to przysłowiowa “jazda bez trzymanki”, więc przejście do dalszej części wpisu polecam tylko osobom o mocnych nerwach. To co, gotowi? Zaczynamy!

Chińskie jedzenie ulicy już widzieliście na blogu. Pamiętacie relację z Chinatown w Jokohamie? To właśnie w tamtym miejscu ponad rok temu po raz pierwszy spotkałam się z taką ilością niecodziennego jedzenia. Absolutnie trzeba spróbować pierożków dim sum z różnymi nadzieniami. To chyba jeden z najbezpieczniejszych rodzajów chińskiego street food’u, na którym na 100% się nie zawiedziecie. Dim sumy spotkałam także w Pekinie (zdjęcie główne) i to w przeróżnych formach i kształtach. Aż trudno im się oprzeć!

Żeby doświadczyć pekińskiego street food’u wszystkimi zmysłami warto odwiedzić szczególnie dwa miejsca – ulicę Wangfujing oraz okolice Qianmen.

Wangfujing Snack Street

Z początku Wangfujing Snack Street (to boczna uliczka odchodząca od wielkiej alei handlowej Wangfujing) zapowiadała się niepozornie. Mili sprzedawcy wołali i pytali co podać. Było absolutnie normalnie. Niestety im głębiej zapuszczaliśmy się w teren, tym bardziej musieliśmy zatykać nos. Zapachy chińskich sosów, jakich nie znamy z Polski, nie oszczędzały naszego zmysłu węchu. Był to jeden z najgorszych odorów, jaki czułam w życiu. I to, co przeżyłam w Chinatown w Jokohamie było tylko malutką namiastką tego, co zastałam w Pekinie. Nawet nie chcę sobie przypominać tego smrodu, bo był tak potworny, że autentycznie zbierało się na wymioty.

W takich warunkach nie dało się nic skosztować. Zresztą obserwacja zaplecza sanitarnego także nie zachęcała do konsumpcji tamtejszych przysmaków.

Było to jednak ciekawe doświadczenie. Kulturalnie zupełnie odmienne od europejskiego. Podczas wizyty w Pekinie warto tu zajść choćby na kwadrans, by rzucić okiem. Takich rzeczy w tak dużej ilości i skupisku nie znajdziecie nigdzie indziej. Choć trzeba sobie zdawać sprawę, że pewnie po części są to widoki pod turystów, których jest tu całkiem sporo, choć i tak przeważają wśród nich Chińczycy.

Wielka brama wyznacza początek jedzeniowej ulicy
Skorpiony bez żądła nabijane są żywcem na bambusowy patyczek. Na filmie widać jak jeszcze się ruszają…

Bubble tea

Larwy, brrrrr…
Szarańcza na patyku do schrupania po usmażeniu

Owoce w karmelu wyglądają super, ale smród palonego cukru, jaki unosi się dookoła przyprawia o zawrót głowy
Kaczka po pekińsku w wersji XXS, czyli pisklaki z całą głową, dziobem i oczami zapieczone w słodkim sosie

Okolice Qianmen

Jak możecie pamiętać z wpisu “Pekin TOP 10” ulica Qianmen jest jedną z bardziej urokliwych miejsc na zakupy. Są tu piękne herbaciarnie i mnóstwo sklepów sieciowych, które niczym nie różnią się od tych, jakie znamy z Polski. Zachwyca za to architektura i mały tramwaj, który przemierza ulicę w tę i we w tę.

W okolicach Qianmen jest sporo mniejszych uliczek, na któych street food jest bardzo silnie rozwinięty. Nie ma tu jednak tak wielu stoisk wystawionych na ulicę i przeważają niedrogie restauracje. Niestety śmierdzi podobnie jak na Wangfujing. Restauracje są za to otwarte i można podglądać kucharzy przy pracy.

Orzechy w karmelu z dużą ilością sezamu. Smakują trochę jak chałwa. To bardzo smaczna przekąska.

Całe miasto

W wielu miejscach, nawet dzielnicach biznesowych, a zwłaszcza przy wejściach do metra, można spotkać stragany z jedzeniem. Chociaż może stragany to za dużo powiedziane. Są to po prostu specjalnie przystosowane rowery z naczepą, na której sprzedawcy kroją i wykładają towar. Sprzedawane są na nich głównie owoce (nawet durian!) jak np. fikuśnie powycinane ananasy, kokosy, orzechy itp. Można też spotkać stoiska, na których pieczone są bataty, które są wyjątkowo słodkie i pyszne.

Pieczone bataty i krojone ananasy

Często można spotkać też serdelki zapiekane w cieście naleśnikowym…

Popularną przekąską jest też jogurt naturalny, którego jednak nie odważyłam się spróbować, gdyż ponoć wymieszany był z wodą i stał wiele godzin na ostrym słońcu…
Próbowałam za to wielu jogurtów naturalnych kupowanych w normalnych sklepach i powiem Wam, że miały świetny smak. Niby kwaśny, ale też delikatnie słodki, krótko mówiąc były bardzo przyjemne i dostarczały flory bakteryjnej, która pomogła zmierzyć się z inną kulinarną rzeczywistością.

Jak dla mnie nic nie pobije smaku wody kokosowej pitej ze świeżego kokosa. To najlepszy i najbezpieczniejszy pekiński street food. W dodatku taka przyjemność to koszt tylko ok. 6 zł.

Do kolejnego przeczytania!
E.
Follow Madame Edith on Instagram

Podobne wpisy

Komentarze

5 odpowiedzi na “Pekin: street food”

  1. Young Wife pisze:

    Zdjęcia są niesamowite! Uwielbiam próbować nowe potrawy, poznawać smaki, ale nie wiem czy odważyłabym się np. na skorpiony….:P

  2. Vela pisze:

    Najbardziej mnie zachwycił o dziwo ten… kokos! Nigdy nie piłam prawdziwej wody kokosowej, a smak jego uwielbiam. Z kolei nie znoszę bubble tea. Nie wiem jaka jest różnica pomiędzy takimi faktycznymi, a ich odpowiednikami jakie można kupić najczęściej u nas w dużych galeriach handlowych niemniej posmakowałam raz i powiedziałam: nigdy więcej. :< Taki chemiczny napój, że obawiałam się, że w nocy będę świecić na zielono z powodu poziomu radioaktywności, haha. Namiastkę Pekinu i podobne stragany widziałam jedynie w Soho w dzielnicy Chinatown w Londynie ale byłam zachwycona dlatego zazdroszczę Ci bardzo tej podróży. 🙂

    • Madame Edith pisze:

      Vela,
      za bubble tea też nie przepadam i nigdy jej nie piję. Dla mnie wszystkie słodzone napoje są słabe, no i w tym przypadku to faktycznie nie wiadomo co jest w środku.
      W londyńskim Soho też jest mega fajny klimat i bardzo mi się tam podobało. Ale takie dzielnice myślę, że są bliższe właśnie takiemu Chinatown w Jokohamie, niż prawdziwym Chinom. Niemniej klimat jest fajny 😉

      Dzięki za komentarz!
      Moc pozdrowień,
      E.

  3. T pisze:

    Z pewnością można nieco poczuć się skołowanym widząc to wszystko. Przyznam, że nie wszystkie "potrawy" byłbym gotów spróbować, po prostu nie. W niektórych częściach Indii mamy również do czynienia ze street foodem, domyślam się że równie bogatym 🙂

    • Madame Edith pisze:

      T.,
      ponoć w Indiach jest jeszcze ciekawiej, bo wszystko gotują siedząc w kucki na ulicy, często w niewyobrażalnym upale. Hindusi próbują jedzenie rękoma prosto z garnka, więc zasady higieny są tam chyba jeszcze mniej znane niż w Pekinie 😉

      Serdeczności!
      E.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Pekin: street food


Pekiński street food, czyli uliczne jedzenie, przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Bez wątpienia Chińczycy są mistrzami kulinarnymi, co [...]
@MadameEdith on Instagram