Wakacje z biurem podróży – warto?

5 czerwca 2014

Po raz pierwszy z biurem podróży na wakacje pojechałam zaledwie dwa lata temu. Odbyło się to przypadkiem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności po trzech miesiącach blogowania największe biuro podróży w Polsce zaprosiło mnie do współpracy i zaproponowało udział w projekcie. Z wyjazdu na Fuerteventurę powstało kilka wpisów inspirowanych kanaryjską kuchnią, jak i miejscami, jakie dane było nam odwiedzić. Gdyby nie tamten wyjazd raczej nieprędko i, już z pewnością, bardzo niechętnie zdecydowalibyśmy się z Monsieur na jakikolwiek wyjazd z biurem. Przyznam, że wcześniej do takiego typu podróżowania byłam nastawiona bardzo negatywnie i nie miałam o nich najlepszego zdania.

Jednak wyjazd na Wyspy Kanaryjskie wpłynął na zmianę mojej opinii i od tamtej pory byliśmy na podobnych wakacjach już kilka razy. Często jednak spotykam się z opinią, jaką wcześniej zresztą sama podzielałam, że wczasy „all inclusive” (w wersji zubożonej HB czyli „half board” – śniadanie + kolacje) są mało ambitne, bo to „tylko picie drinków z parasolką pod palmą” lub „zajadanie kiepskiego jedzenia, do którego trzeba się łokciami przepychać”. Jak jest naprawdę? Czy te, jak i wiele innych, stereotypów mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Czy wakacje z biurem mogą być ok, a może jednak w ogóle nie warto sobie zawracać nimi głowy?

Nad basenem czy aktywnie?

Wyjazd na urlop może być mniej lub bardziej ambitny. Nie skreślam ludzi, którzy chcą spędzić go na opalaniu na plaży, czy nawet przy basenie. Sama, jeśli mam taką okazję, chętnie spędzam w ten sposób jeden lub dwa dni urlopu, bo po prostu chcę odpocząć i przeczytać choćby jeden numer zaległego, babskiego miesięcznika. Na co dzień nie mam okazji, ani często czasu i możliwości, by się w taki sposób zrelaksować i nie wstydzę się do tego przyznać.

Nie będę udawała, że jeżdżę po świecie z plecakiem, karimatą i śpiworem i zasypiam pod przysłowiową chmurką. To nie jest mój styl podróży, bo po prostu lubię mieć minimalne warunki komfortu (i nie mam tu na myśli 5*, bo w zupełności starczają mi hotele ekonomiczne). W końcu urlop to urlop, a ten jak wiadomo nie powinien nas stresować. Nie mam zamiaru silić się na pokazanie na Facebooku swoich zdjęć w jakichś ekstremalnych warunkach i że np. spałam z karaluchami w jednym pokoju 😉 Nie udaję, że jestem jakimś wielkim podróżnikiem, bo nie jestem. Po prostu jak większość ludzi lubię od czasu do czasu gdzieś pojechać, coś nowego zobaczyć i czegoś nowego się dowiedzieć, a przy okazji zrobić kilka zdjęć. To tyle. Do swoich podróży nie dorabiam jakiejś zbędnej filozofii. Lubię jednak zobaczyć tyle ile się da w miejscu, w jakim jestem.

Cena vs. jakość

Raz na podróż wydaję więcej, a raz mniej. Zawsze jednak robię to z głową i szukam złotego środka między ceną, a jakością. Może się zdarzyć, że polecicie na „all” do Wenezueli za 1800 zł, jak i tak, że za wakacje nad Morzem Śródziemnym zapłacicie 10 tys. zł. Z jednych i drugich możecie wrócić tak samo zadowoleni, jak i rozczarowani. Cena nie jest bowiem gwarantem sukcesu i satysfakcji. Jeśli nie wierzycie wejdźcie na stronę jakiegokolwiek biura i przesortujcie wycieczki zaczynając od najdroższych – zobaczycie ile jest negatywnych opinii w stylu „hotel 5* zasługiwał na co najwyżej 2*”. Niestety może się to przytrafić zarówno w przypadku podróży z biurem, jak i tego zorganizowanego samodzielnie. Wiele zależy od naszego nastawienia i tego, czego chcemy doświadczyć, a także zobaczyć. A przed wpadkami możemy ustrzec się czytając, co konieczne, z odpowiednim dystansem (!) opinie na różnych portalach oceniających zakwaterowanie.

Z biurem czy na własną rękę?

Podczas planowania wyjazdu na własną rękę według mnie warto zerknąć, choćby z ciekawości, na wycieczki oferowane przez biura. Np. przed wyjazdem do Japonii uważnie przestudiowałam plany wycieczek oferowanych przez polskich touroperatorów i dzięki temu dowiedziałam się jakie miejsca są warte odwiedzenia w pierwszej kolejności. Oczywiście potem analizowałam temat dokładniej, ale taki rzut oka na plan, jak i mapę pozwolił mi mniej więcej zorientować się w materii, z jaką przyszło mi się zmierzyć przy planowaniu dalekiego wyjazdu.

W przypadku Japonii nasza podróż wyniosła nas dużo mniej od ofert biur podróży (o dokładnych kosztach napiszę już wkrótce w osobnej notce), ale już w przypadku ubiegłorocznego wyjazdu na Azory okazało się, że sam bilet na samolot (w dodatku kupiony z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem) kosztowałby niemalże tyle, co kwota jaką zapłaciliśmy w biurze za ośmiodniowy pobyt z dwoma posiłkami (poniżej 2 tys. zł od osoby – więcej przeczytacie we spisie „Jak zorganizować wyjazd na Azory?„).

Jeśli nadarza się okazja i mamy urlop, to po prostu kupujemy wycieczkę w biurze, a na miejscu wynajmujemy auto i jeździmy ile się da, by zobaczyć jak najwięcej.

Według mnie w takich sytuacjach nie ma sensu przepłacać, ale rozumiem osoby, które do Japonii jadą na wycieczkę z obawy, że same będą miały problem, by się porozumieć i cokolwiek załatwić na miejscu. Dodam, że przeświadczenie to nie ma potwierdzenia w rzeczywistości, bo pomimo faktu, że Japończycy faktycznie z angielskim są na bakier, to praktycznie podczas naszej wizyty nie było sytuacji, w której nie załatwiliśmy tego, co chcieliśmy. Kiedy słowa i pisanie w notatniku nie wystarczały, to w ruch szły ręce, jak i elektroniczny tłumacz. Dla chcącego nic trudnego 🙂

Z rodakami, Anglikami, Niemcami … a może bez?

Tu punk najbardziej drażliwy. Przykro to pisać, ale Polacy, tak jak i zresztą Anglicy, czy Rosjanie, nie mają najlepszej opinii wśród hotelarzy. Ale wiadomo „żaden pieniądz nie śmierdzi”, dlatego też sprzedają miejsca w swoich hotelach wszystkim narodowościom, jakie są nimi zainteresowane. Zdarzają się jednak sytuacje (wiem to od znajomego prowadzącego biuro podróży), że grożą oni touroperatorowi zerwaniem umowy i nakazują trzymanie cen na określonym (czytajcie: relatywnie wysokim) poziomie w jednym celu: aby do hotelu X nie przyjeżdżały osoby zachowujące się w niepożądany sposób.

Być może jeżdżąc na wycieczki zauważyliście, że zdarzają się ludzie, którzy w hotelach reprezentują podejście „zapłaciłem, to mi się należy” i np. piją bardzo dużo alkoholu, zachowują się arogancko lub nakładają na talerze mnóstwo jedzenia, którego nie są w stanie zjeść… Jest to bardzo przykry widok i obiekty, które chcą trzymać standard starają się unikać takich sytuacji. Tak samo my możemy dopomóc szczęściu: wystarczy wybrać odpowiedni hotel, który nie jest specjalnie popularny lub który po prostu jest nieco droższy. W podjęciu decyzji pomóc mogą opinie innych gości ze stron internetowych, jak i przede wszystkim, zdanie doświadczonego pracownika biura podróży, który wie doskonale co i komu sprzedaje. Uwierzcie mi: zaufany pracownik bura to prawdziwy skarb, bo złapie dobrą ofertę, a kiedy trzeba nawet przeciągnie kończącą się rezerwację 🙂

Jedzenie monotonne, czy może jednak smaczne?

Wiele osób przeraża fakt stołowania się dwa lub trzy razy dziennie w tym samym miejscu. Obawiają się tych samych dań przez cały pobyt, co jest zrozumiałe. Dlatego też istnieje możliwość wybrania wyjazdu z biurem z dwoma posiłkami, bez wyżywienia lub tylko ze śniadaniami.

Wraz z Monsieur nie podzielamy takich obaw, bo i tak jeżdżąc po miejscu w jakim jesteśmy często (przy opcji „all”, która w niektórych hotelach jest standardem i z której nie można zrezygnować) nie korzystamy z obiadu, czy kolacji i jemy w lokalnych knajpkach. Przede wszystkim bardzo cenimy możliwość zjedzenia śniadania w hotelu, w jakim śpimy, bo zaraz po wstaniu z łóżka robimy się głodni i spragnieni kawy i nie mamy najmniejszej ochoty na bieganie po mieście w poszukiwaniu kawiarni, w której można byłoby coś przekąsić.

Podsumowanie

Uważam, że nie warto się zamykać na wyjazdy z biurami, bo mają one zasadniczą zaletę: o nic się nie martwimy. Na lotnisku w miejscu docelowym odbiera nas czysty, klimatyzowany autokar i zawozi pod hotel, a potem przecież całą wycieczkową grupę możemy mieć w przysłowiowym „nosie” i na nikogo nie musimy się oglądać włącznie z rezydentem, który często chce naciągnąć turystów na drogie wycieczki.

Osobiście bardzo doceniam te wyjazdy, bo są szybkie i wymagają ode mnie dużo mniej pracy, jaką muszę wykonać przed wyruszeniem w drogę. Wystarczy przeczytać przewodnik i zaplanować trasę. Innymi rzeczami zajmuje się biuro, które w dodatku mając przewagę ilościową wynegocjowało dobre ceny z hotelem, czy przewoźnikiem. Głupotą byłoby z tego nie skorzystać. Na miejscu 100% czasu i tak leży w Waszej dyspozycji i to, czy spędzicie wakacje na plaży, na wycieczkach fakultatywnych (najlepiej tych oferowanych nie przez rezydenta, a wykupionych w lokalnej agencji), czy na jeżdżeniu samochodem zależy od Was.

To, jakie będą Wasze wakacje zależy w głównej mierze od Was samych!

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” mawia stare przysłowie, ale idealnie opisuje sytuację z wakacyjnymi wyjazdami. Zarówno podróże z biurem, jak i na własną rękę, mogą okazać się wielkim niepowodzeniem, jak i sukcesem. Tu nie ma reguły. Wydaje mi się, że nie ma co demonizować wyjazdów z biurem, tylko trzeba rozsądnie z nich korzystać, bo można znaleźć prawdziwe perełki warte wyłowienia.

Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń. Jeździcie z biurami podróży, czy tylko na własną rękę, a może właśnie odwrotnie?

E.

Follow Madame Edith on Instagram

Podobne wpisy

Komentarze

43 odpowiedzi na “Wakacje z biurem podróży – warto?”

  1. BernadettaP pisze:

    Nam zdarza się wyjechać i z biura i na własną rękę. Korzystając z opcji all inclusive nie nastawiamy się jednak na ciągłe leżenie nad basenem czy na plaży, tylko przed wyjazdem opracowujemy plan co byśmy chcieli zobaczyć. Wypożyczamy samochód, korzystamy ze środków publicznej komunikacji i zwiedzamy. Raz tylko niemal połowę urolpu spędziliśmy w hotelu, ale tylko dlatego, że z małym Dzieckiem ciężko by nam było się wtedy poruszać i spędzać czas tak aktywnie, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. W tym roku jeszcze nie mamy żadnych planów i nawet kierunku opracowanego, bo wszystko zależy od tego czy lekarz nie zabroni mi za bardzo latać samolotem…

  2. Świetny wpis, taki rozsądny głos na temat podróżowania.
    Ja przyznam, że nigdy nie byłam z biurem podróży (też mam takie irracjonalne obawy, np. że zakwaterowanie mi się nie spodoba, a będę musiała tam spędzić już cały pobyt). Jeżdżę na dwa sposoby – albo pod namiot i ta opcja jest idealna jeśli chodzi o elastyczność – nie pasuje Ci w jednym miejscu, to pakujesz się i przenosisz dalej. Tak zwiedziliśmy całą Chorwację rok temu, poprzednio większość Rumunii i trochę Bułgarii. Druga opcja, jaką lubię to też niskobudżetowe hotele, koniecznie w opcji ze śniadaniem – możliwość zjedzenia śniadania od razu po przebudzeniu, jest – jak piszesz – nieoceniona. Nie szkodzi, że codziennie jest to samo na śniadanie, w domu też tak przecież jem 🙂

    Czekam na ten wpis o kosztach podroży do Japonii, podglądałam na Insta i Fb zdjęcia podczas Waszej podroży i ciekawa jestem, jak to kosztowo wyglądało.

  3. Ewa pisze:

    ja jestem tym typem od karimaty i spania pod chmurką 😉 ale absolutnie nie uważam, żeby któryś model podróżowania był lepszy czy gorszy… może być tylko lepszy dla mnie konkretnie – tak lubię, sprawia mi frajdę samodzielne planowanie, wolność, brak ograniczenia rezerwacjami noclegów na konkretne daty. Hotele zostawiam na wyjazdy służbowe 🙂

    • Madame Edith pisze:

      Ewa,
      Sama chyba już wyrosłam ze spania pod namiotem i z biegiem czasu stałam się bardziej wygodna, bo i kręgosłup zaczął doskwierać 😉
      Choć nie twierdzę, że pod namiot nigdy nie wrócę. Przynajmniej jednak w tej chwili nie mam takich planów, choć swoboda wybieranua noclegów, o jakiej piszesz, jest nieoceniona! Podczas wyjazdu do Japonii, Matsumoto, bardzo żałowaliśmy, że mieliśmy tyko jeden nocleg w tym mieście i kolejnego dnia musieliśmy już być w Tokio, bo tam czekał kolejny hotel…

      Wszystkie rodzaje podróży i organizowania wyjazdów mają pewne wady, jak i zalety. Najważniejsze to wybrać to, co w danej chwili dla nas jest najlepsze 🙂

      Serdeczności,
      E.

  4. Anonimowy pisze:

    Na wakacje z BP jeździłam kilkukrotnie.
    Pierwszy wyjazd (rok 2000) Hiszpania. Wycieczka autokarowa, 10 dni z czego 3 w podróży. I przejazd/objazd (Czechy, Austria, Lazurowe Wybrzeże, Monako) i sam pobyt (6-7 dni), podczas którego mieliśmy ze 3 wycieczki (Barcelona, Girona, Andora) wspominam cudownie. Co do organizatora, hotelu nie mieliśmy zastrzeżeń.
    Kolejne wakacje Turcja (2001). Hotel ok, jedzenie raczej nie, okolica cudowna. Odbyliśmy kilka wycieczek, część na własną rękę, inne z rezydentem. Też raczej dobrze wspominam. Po tych wakacjach się zaręczyliśmy 🙂
    Podróż poślubna – Majorka (2002). Hotel ok, organizacyjnie fajnie. Wyspa piękna, objechaliśmy całą. Raczej jesteśmy turystami zwiedzającymi niż leżącymi na plaży – choć też się zdarza i jest fajnie.
    Później przerwa "na dzieci" i kolejny wyjazd w 2007. Kreta. Wynajęty samochód, wyspa objechana. Elafonisi, Chania, całodniowa wycieczka na płaskowyż , Rethymon – było super. Tutaj hotel był wręcz idealny, nie zbyt duży, basen raczej niewielki, ale przy samej piaszczystej plaży, gdzie spędzaliśmy sporo czasu 🙂 I tu pierwszy raz zobaczyłam jak Polacy marnotrawią jedzenie 🙁 Przykre. Spędziliśmy cudowne dwa tygodnie. I co było fajne to obsługa w hotelu mówiła po polsku 🙂
    Rok później Turcja – znane nam miejsca pokazaliśmy dzieciakom. Choć dla nich największą frajdą był basen i zjeżdżalnia. Hotel ok, pokoje duże, jedzenie – no cóż, każdy znalazł coś dla siebie. Kilka razy zdarzyło nam się zjeść na mieście – pycha. Turcy to bardzo gościnny dla turystów naród, o czym przekonaliśmy się już na naszej pierwszej wycieczce.
    Kolejne wakacje spędzaliśmy w Polsce, ale w tym roku marzy mi się znów ten "inny klimat".
    Czytam opinię, szukam inspiracji.

    Pozdrawiam, Magda

    • Madame Edith pisze:

      Magda,
      Dziękuję za polecenie Turcji. Od dawna myślimy, by tam pojechać, ale jakoś do tej pory nie mieliśmy okazji. Moim marzeniem jest co najmniej tygodniowy pobyt w Stambule 🙂

      Pozdrawiam serdecznie,
      E.

  5. Bardzo ciekawy wpis 🙂 My jeździmy tak i tak. Faktem jest to co napisałaś. W przypadku popularnych kierunków: Hiszpanii, Grecji, czasem niemożliwe jest zorganizowanie wyjazdu w cenie, którą oferuje biuro podróży, zwłaszcza w opcji last minute. Nasz majowy wyjazd jest tego przykładem. ( Nieco ponad 1100 zł za osobę w hotelu 4* z all, Kreta) Wtedy jaki jest sens przepłacać? Dla zasady? Żeby nie lecieć czarterem? Pewnie są tacy, którzy tak myślą, ale dla mnie to nie ma znaczenia. W hotelach, w których byliśmy z biurem przeważnie wszystko było w jak najlepszym porządku : ale wybieramy zawsze uważnie, miejsca niezbyt duże, unikamy jak ognia piętrowych molochów z 500 pokojami i ścisłego sezonu. Co do jedzenia, to pewną prawidłowością jest, że śniadania są słabe, mocno anglosaskie. Ale reszta posiłków nigdy nas specjalnie nie rozczarowała. Menu jest urozmaicone i zawsze do wyboru mamy kilka pozycji, więc naprawdę przez tydzień nie sposób się znudzić. Jest to zwyczajnie wygodne i ja bardzo doceniam to, że nie muszę się martwić tym co zjem, gdzie to kupię i jak przyrządzę.
    Także bardzo polecamy wszystkim znajomym samodzielne zwiedzanie, a odradzamy organizowane na miejscu wycieczki. Raz się nabraliśmy… i nigdy więcej tego nie zrobimy 😉
    Teraz podróżujemy z dzieckiem, więc jest inaczej. Wakacje to czas na reset, na spokój, więc dobrze nie mieć ciśnienia na jeden, jedynie słuszny sposób spędzania czasu.
    wszystkim dobrych wakacji!

    • Madame Edith pisze:

      Małgosiu,
      1100 zł za Kretę – ale super oferta Wam się trafiła! Właśnie dla takich okazji warto mieć znajome biuro podróży, które da cynk w odpowiednim momencie.

      Z wycieczek na miejscu chętne korzystamy np. w przypadku resju dookoła wyspy lub oglądania wielorybów, ale zawsze kupujemy je w lokalnych biurach, bo u rezydenta przeważnie za taką przyjemność trzeba zapłacić 10-15 Euro więcej. Na objazdówkę zdecydowaliśmy się tylko na Maderze, bo ze względu na drogi nad przepaściami obawialiśmy się wypożyczyć samochód. Sami też zorganizowaliśmy sobie dwie wycieczki lokalnymi autobusami, co było bardzo ciekawym doświadczeniem 🙂

      Pozdrawiam ciepło,
      E.

    • Ha! A my na Maderze jeździliśmy sami i to uwaga.. SMARTEM ( Smarkiem) 😉 Wspominam to niesamowicie, było cudownie 🙂 Pozdrowienia:)

    • Madame Edith pisze:

      Wow! Jestem pod wrażeniem 😀

  6. Dla mnie wybór jest prosty – jesli wakacje z biurem kosztuja mnie tyle, co bilet na samolot, albo trochę więcej, to oczywiście biorę wakacje z biurem 🙂 Wakacje z biurem dobre są też na wakacyjnego lenia, którego często doswiadczam – nie ma wyjścia, chcę czy nie, jadę zwiedzać, bo taki jest plan, nawet jak mi się nie chce rano wstawać. Nie ma co się odżegnywać od tych z biurem, ani gloryfikować wakacji organizowanych na własną rękę. Ale fajnie jest spróbować i jednych, i drugich.

  7. Anonimowy pisze:

    Hej Edith,
    zgadzam się praktycznie ze wszystkim co napisałaś. Mam za sobą all inclusive/half board z biurami podróży, jak i podróże na własną rękę i w moim przypadku na decyzję wpływa to jak chcę spędzić ten czas i co tak właściwie chcę zobaczyć. Są miejsca, gdzie praktycznie nie ma innej możliwości niż all inclusive (w zeszłym roku pojechaliśmy na Maurytiusa, all inclusive) i w tej 'miejscowości' nie było innej opcji – po prostu najbliższe lokalne knajpki były 10km od resortu. Za to jedzenie w resorcie było rewelacyjne. 🙂 Teraz wróciłam z Marakeszu, gdzie loty i zakwaterowanie zorganizowaliśmy sami, co było strzałem w dziesiątkę. To miasto ma tak wiele do zaoferowania, że spędzanie większości czasu nad basenem w resorcie daleko od mediny, dla nas byłoby stratą pieniędzy.

    Gdzie niekoniecznie się z Tobą zgadzam, to punkt o wycieczkach. W mojej opinii często wychodzą one taniej niż wynajem samochodu. Tak to prawda, jeśli chodzi o postoje w trakcie tych wycieczek (posiłki, sklepy) z reguły zatrzymują się tam gdzie organizator dostał zniżki albo % od sprzedaży, ale to da się przełknąć. Wynajem samochodu jest świetną sprawą w krajach, gdzie obowiązują jakieś przepisy ruchu drogowego, ale w krajach które określam jako TIA (this is Africa), już nie za bardzo. Na Maurytiusie wypożyczyliśmy samochód na jeden dzień, i nawet mój mąż, który uwielbia prowadzić, był wystraszony, szczególnie po zmroku (ludzie siedzący na ulicach zaraz za zakrętami, skutery bez świateł itp.) W Maroku już się nie odważyliśmy, i by pozwiedzać okolice wybraliśmy zorganizowane wycieczki (indywidualnie, albo w małych grupach). Powiem tak, nawet z doświadczonym lokalnym kierowcą zaliczyliśmy małą stłuczkę i na górskiej drodze dwa razy omal ktoś czołowo do nas nie dobił (tam normą jest wyprzedzanie na zakrętach). Dlatego w niektórych miejscach odradzałabym wynajem samochodu. 🙂 Za to marokańskie jedzenie zdecydowanie wynagrodziło nam stres związany z ruchem drogowym… mniam… 😛

    pozdrawiam,
    Edyta De

    • Madame Edith pisze:

      Edyto,
      Faktycznie, z Afryką masz racje – my jeszcze tam nigdy nie byliśmy, więc nie mamy rozeznania. Czytałam jednak, że i w Maroku wycieczki w lokalnych biurach np. dwudniowa do Marakeszu jest tańsza niż u rezydenta. Po prostu powiedzmy to szczerze: rezydent na tych wycieczkach trochę sobie dorabia. Na Zakynthos identyczne wycieczki lokalne kupowaliśmy po 10-15 Euro taniej (np. rejs dookoła wyspy), podobnie było na Azorach w przypadku wyprawy katamaranem w poszukiwaniu delfinów i wielorybów. Tylko na Maderze korzystaliśmy z wycieczek oferowanych przez rezydenta, bo baliśmy się wypożyczyć samochód. Wcześniej naczytaluśmy się o krętych, wąskich i niebezpiecznych drogach i to nas wystraszyło. Teraz, po objechaniu Azorów, czy Gran Canarii, bez namysłu i żadnej obawy wypożyczylibyśmy auto na Maderze i objechalibyśmy ją samodzielnie. Człowiek uczy się całe życie i przez cały czas nabiera doświadczenia 🙂

      Moc pozdrowień,
      E.

    • Martynosia pisze:

      Bez przesady, ja wypożyczyłam samochód nawet w Tunezji na 3 dni i udało mi się pokonać wszystkie trasy bez problemów i stłuczek, choć muszę przyznać, że jazda była naprawdę męcząca, szczególnie w Tunisie. Na szerokich drogach w ogóle nie ma pasów, a samochody jadą tzw. "kupą" 😉 Ale miało to też swój i dzięki tym wrażeniom będę pamiętała ten wyjazd 😉

  8. Marzena pisze:

    Jeżdżę różnie. Na wakacje najczęściej z biurem podróży, ale coraz mniej skłaniam się ku temu. No może tydzień tak, ale z 2 tygdniowego pobytu to juz zostałam wyleczona. Ale to ja jestem taka specyficzną osobą i po 3 dniach jedzenia w hotelu po prostu nic nie mogę przełknąć oprócz śniadań. Chyba, że w danym hotelu jest restauracja ala carte to wtedy tak. Chyba z moją głową jest coś nie tak, bo jak jest za dużo jedzenia, czuję wszytskie przyprawy to strasznie mnie mdli i nie jestem w stanie nic już przełknąć. Ostatnio na Rodos byliśmy w hotelu z naprawdę znakomita kuchnią, wszyscy zachwycali się, a ja nie mogłam nic jeść…W tym roku wybraliśmy opcję wynajmu mieszkania w Barcelonie latem, a we wrześniu lecimy do winnicy do Toskanii. Moje najpękniejsze wakacje to te spędzone w wynajętym domu w Bretanii z pięknym ogrodem, gdzie wieczorami grillowalismy i biesiadowaliśmy:-) Też inaczej jest jak się podróżuje z dziećmi. Z reguły dzieci nic nie chcą jeść oprócz tego co jedzą w domu u mamy:-)) Bardzo fajny post Edytko:-) Miłego dnia:-)

    • Madame Edith pisze:

      Marzenko,
      My też z biurem do tej pory zawsze jeździliśmy tylko na tydzień i to z dwóch powodów. Pierwszy to ten, o którym piszesz: przesyt jedzeniem i znudzenie danym miejscem. A drugi to fakt, że na dwa tygodnie rzadko kiedy są fajne lasty, a my głównie korzystamy właśnie z wyjazdów niemal na ostatnią chwilę ze względu na nieprzewidywane sytuacje w pracy.

      Moc pozdrowień,
      E.

  9. Anonimowy pisze:

    Hej,
    wyjazd do Maroka zorganizowaliśmy sami, więc rzeczywiście nie kupiliśmy tych wycieczek od rezydenta (bo takiego nie było), tylko z biura poleconego przez Riad. Jako że jedną noc spędziliśmy poza miastem, Riad odjął nam jedną dobę z rachunku, co równało się kosztowi wycieczki dla jednej osoby. 🙂 Gdybyśmy wybrali jakieś inne biuro, może rzeczywiście za wycieczkę zapłacilibyśmy 20 euro mniej, ale koszt jednej doby w tym akurat riadzie był dużo wyższy. I zgadzam się, że trzeba patrzeć na wycieczki nie tylko od rezydenta, te dostępne w Waszym hotelu, ale na inne dostępne opcje też (włącznie z komunikacją publiczną). Głównie chodziło mi o to, by zorganizowanych wycieczek od razu nie skreślać, i że wynajem samochodu nie zawsze jest najlepszą opcją, bo to nie kręte drogi bywają problemem, tylko miejscowa kultura uczestników ruchu drogowego 😉 Co do krajów europejskich, zgadzam się z Tobą – nie ważne jak kręte są drogi, samochód to lepsze rozwiązanie. Dwa lata temu objechaliśmy osiem krajów w trzy tygodnie własnym samochodem (od UK, do Bośni) i było to prawdziwą frajdą 😀 Wycieczka zorganizowana jest zawsze swoistym kompromisem, ale w pewnych regionach warto spróbować 🙂

    Pozdrawiam z kraju bagietek 🙂
    Edyta De

    • Madame Edith pisze:

      Edyto,
      Masz oczwuście rację z tą drogową kulturą, a raczej jej brakuem u niektórych nacji 🙂 Na Gran Canarii np. Hiszpanie jeździli bardzo kulturalnie, ale już kierowcy autobusów na krętych, górskich drogach jechali przeważnie środkiem jezdni i zjeżdżali dosłownie w ostatniej chwili na swój pas 😉

      Raz jeszcze pozdrawiam 🙂
      E.

  10. Beata S. pisze:

    Fajny wpis! My tez podróżowaliśmy różnie i z biurem i na własną rękę. Wenecja, Florencja na własną rękę zwiedzona, to samo Barcelona, Rzym, Paryż, nawet Bretania ale Fuerta na własną rękę? Szkoda mi czasu na szukanie gdzie nocować, za ile, gdzie jeść bo nie wyobrażąm sobe biegać rano po kawe na miasto. Do tego są naprawdę świetne ceny w biurach podróży, na własną rękę Fuerta na pewno kosztowałaby nas więcej.
    Marze o wakacjach w Toskanii w domu z basenem i dziecmi ale jedna para to za mało na wynajęcie domu a nie mamy takich znajomych którzy też tego samego by chcieli 🙁

  11. Barbarossa pisze:

    My podróżujemy także i tak i tak. Byliśmy wiele razy z zaprzyjaźnionego biura i jesteśmy z usług bardzo zadowoleni. Raz taniej, raz drożej. Kiedyś trafiła nam się opcja all za 3000 na Wyspy Kanaryjskie za 2 osoby… No to chyba warto. Mimo, że nie jesteśmy z mężem młodzieniaszkami, mamy jeszcze mnóstwo planów i marzeń… I zawsze zwiedzamy na maksa… Samochodem z wypożyczalni, lokalnymi autobusami i pieszo… Pozdrawiam Cię serdecznie.

    • Madame Edith pisze:

      Barbarosso,
      Super cena Wam się trafiła! Do tej pory najtańsze Kanary widziałam za 1700 zł za osobę na tydzień.
      My też lubimy piesze wędrówki i często robimy tak, że jedziemy do jakiegoś punktu wypożyczonym samochodem lub autobusem i potem realizujemy pieszy szlak i wracamy. Dzięki temu można lepiej poczuć dane miejsce.

      Serdeczne pozdrowienia,
      E.

  12. Bardzo mądrze i rozważnie napisany post i zdrowe podejście do tematu! Edith, u nas sytuacja ma się różnie. Zdarzają się wyjazdy planowane całkowicie od podstaw i bez biur ale są też zwyczajne organizowane. I tu kwestia rozbija się o to jakie mamy plany i co jest naszym celem. W zeszłym roku chcieliśmy "pożyć" bez dzieci, napić się dobrego wina i pochodzić do nocy – opcja samodzielnej organizacji sprawdziła się idealnie. Samochód i 3 tygodnie włoskiej beztroski, zatrzymujemy się kiedy chcemy, jemy kiedy chcemy i jeśli nam się coś znudzi (nie zdarzyło się) to jedziemy dalej. Noclegi owszem zarezerwowane ale z zaplanowaną ewentualną zakładką czasową. Te typowe z biurami sprawdzają się świetnie kiedy jeździ się z potomstwem. Szczególnie all inclusive kiedy co chwilę słyszymy loda, pić, fryty… W takich sytuacjach dzielimy wyjazd na plażowanie czy basenowanie i na kilka dni wypożyczamy samochód żeby objechać teren. Zdarza się że korzystamy również z "ichnej" komunikacji miejskiej czy taksówek. Dużo wcześniej przed wyjazdem planujemy co chcemy zobaczyć i ile czasu będziemy potrzebować. Zdarzają się również fakultety z biurem ale to raczej w miejscach szczególnych jak np. Egipt gdzie do Gizy sami byśmy się raczej nie wybrali.
    Pod Twoim postem podpisuje się dwoma rękami :))))) W tym roku Cypr! Już rozgryzam temat.

    • Madame Edith pisze:

      Karolino,
      Planowanie noclegów z zakładką czasową to bardzo dobry pomysł, a już najlepiej brać hotele z możliwością bezpłatnego odwołania rezerwacji w ostatniej chwili, by można było dostosować swoje plany w zależności od sytuacji. Cypru nie znam, ale jestem pewna, że będziecie mieć duuużo słońca i ciepłą wodę w morzu 🙂

      Serdecznie Cię pozdrawiam,
      E.

  13. Dokładnie tak! Trzeba najpierw zadać sobie pytanie czego oczekujemy od wyjazdu. W tych na własną rękę najfajniejsze jest ( przynajmniej dla mnie) TO PLANOWANIE i wielka niewiadoma, wizja przygód i niespodzianek 😉 Natomiast czasem jest tak, że człowiek potrzebuje się zresetować, nie myśleć i niczym o nic się nie martwić najwyżej jaki leżak dzisiaj wybrać? Ciekawe co będzie na kolację, którą książkę dzisiaj czytamy? To też fajne wyjazdy, po prostu służą innym celom, zaspakajają inne potrzeby. Dodam jeszcze, że all in to cudowny wynalazek gdy mamy małe dzieci, którym do szczęścia potrzebne są głównie basen i zjeżdzalnia ;)))) i głównie słyszymy "jeeeeś i pićććć"

    • Madame Edith pisze:

      Potworze z bagien,
      Zgadzam się z Tobą, że planowanie jest super. Bawiłam się doprawdy setnie przygotowując wyjazd do Japonii, ale zajęło mi to niemal 3 miesiące. W przypadku Kanarów, czy innych wysp wystarczyły 3 popołudnia i temat miałam z głowy – krótki wyjazd, to i szybkie przygotowania 😉

      Wszyscy się zgadzamy, że to dwa kompletnie różne style podróżowania i oba mają swoje niewątpliwe wady i zalety. Choć bywają osoby, które totalnie negują korzystanie z biur podróży, ale to jest już ich świadomy wybór 😉

      Przesyłam piątkowe pozdrowienia,
      E.

  14. Przyznam szczerze, że odkąd przestałam jeździć na obozy w gimnazjum czy liceum (które wspominam różnie, począwszy od jedzenia skończywszy na atrakcjach, ale rozumiem że takie wyjazdy dla młodzieży są organizowane trochę inaczej, gdyż ktoś musi w końcu być pełnoprawnym opiekunem) to nigdy nie byłam na wycieczce z biurem podróży. Zawsze organizuje wszystko sama.
    W tym roku jednak wpadłam na pomysł, żeby zabrać moich rodziców na tego typu wyjazd. Są oni bardzo sceptycznie nastawieni (trochę tak jak i ja) do wyjazdu z biurem, głównie ze względu na jakość wyżywienia. W tym roku jednak średnio mamy czas żeby dobrze zorganizować jakiś wyjazd, dlatego naciskam ich właśnie żeby wykupić wycieczkę z biura. Dlatego, też podesłałam im Twój artykuł, gdyż bardzo mi się on podoba i doskonale się z nim zgadzam. W niektóre miejsca taniej jest pojechać z biurem, a jeść można równie dobrze na mieście i organizować część wycieczek na własną rękę.
    Pozdrawiam

    • Madame Edith pisze:

      Sylwio,
      bardzo się cieszę, że mój wpis okazał się przydatny. Mam nadzieję, że wyjazd z biurem i w Waszym przypadku się sprawdzi i będziecie z niego zadowoleni.

      Moc pozdrowień,
      E,

  15. Martynosia pisze:

    Akurat też ostatnio dodałam kilka wpisów o wakacjach AI, o ich wadach i zaletach, oraz o tym jak ja je zazwyczaj spędzam – zdecydowanie nie jest to wylegiwanie się na plaży czy przy basenie, ale aktywne spędzanie czasu i zwiedzanie okolicy. Również czasami pożyczam samochód, aby na własną rękę i we własnym tempie zwiedzić dany zakątek. Teraz właśnie wróciłam z kolejnych takich wakacji i jestem bardzo zadowolona i już zaczynam planować kolejne 😉
    Byłam na kilku takich wyjazdach w różnych częściach świata i zawsze byłam zadowolona, nigdy rozczarowana i wiem że są różne gusta i ludzie różnie lubią spędzać czas, to sądzę że takie wakacje są bardzo fajne i eliminują wiele problemów logistycznych 😉
    Jeżeli chodzi o ofertę biur, to niestety jest tak, że lepsze pokoje w hotelach dostają biura np. brytyjskie, niemieckie, itp. natomiast polskie maja zdecydowanie słabsze pokoje.

  16. Anonimowy pisze:

    Madame,

    bardzo dobrze napisane 🙂 w ogóle fajny wpis.

    Ja osobiście pracowałam przez jakiś czas w biurze podróży i niestety bardzo często zdarza się, że pracownicy nie wiedzą absolutnie nic na temat danego hotelu/regionu – cała ich wiedza to wyuczone regułki.. .wiedza o hotelach zaczerpnięta z tripadvisora albo oceniacz.pl…;/ To jest jedna strona medalu a druga to taka, że ludzie są skrajnymi ignorantami !
    Moje doświadczenia z pracy w biurze podróży, gdzie ludzie wykupywali wycieczki nie wiedząc nawet gdzie leży dany kraj, byle by było "oł exkluziw" oraz zadając pytanie czy chorwacja leży nad oceanem indyjskim (!!!!!) czy morzem czarnym – to wszystko sprawia,że nigdy nie przekonam się do wczasów zorganizowanych.

    Raz wracając z dalekiej 3-tygodniowej podróży – ostatnia przesiadka, trafiam na lotnisku na wycieczkę bardzo znanego biura podróży- polacy wracający z wczasów 😀 Nigdy w życiu nie wstydziłam się aż tak bardzo. Jednym słowem bydło i swołocz 😀 Jakby zostali wypuszczeni z klatki. Na pokładzie stewardesy w pewnym momencie odmówiły wydawania posiłków…
    Za bardzo cenię swój czas i urlop, żeby w ten sposób spędzać wakacje, ale rozumiem ludzi którzy wybierają taką opcję.

    pozdrawiam serdecznie,

    azofoska

    • Madame Edith pisze:

      Azofosko,

      z tego, co pisze wynika, że mam wielkiego farta, iż trafiłam na moje biuro podróży. Człowiek, który je prowadzi odwiedził wszystkie hotele w danych lokalizacjach i znając nasz gust proponuje takie miejsca, które nam się spodobają. To niesamowicie ważne, by osoba, która sprzedawała wycieczki wiedziała co proponuje klientowi i o czym do niego mówi.

      Przyznam, że osobiście nie przepadam za lotami charterowymi właśnie ze względu na różna zachowania podróżujących (nie tylko Polaków, bo już kilka razy spotkałam się z tym, że wycieczki w polskich biurach kupowali Rosjanie, Litwini, czy Białorusini). Najbardziej irytuje mnie picie alkoholu. Tuż po starcie (mimo, że to jest zakazane) pasażer potrafi otworzyć butelkę 0,7l whiskey kupioną na lotnisku i z pomocą żony wypić ją w trakcie 5h lotu… A przecież wiadomo, że alkohol na takiej wysokości trzy razy szybciej uderza do głowy… Na szczęście takie sytuacje zdarzają się sporadycznie i czasami wybieramy tę formę wypoczynku i zwiedzania nowych zakątków.

      Serdecznie Cię pozdrawiam,
      E.

  17. Anonimowy pisze:

    Madame,

    bardzo fajny wpis. My jeździmy różnie, czasem organizujemy sami, ale takie "typowe" urlopy, dwutygodniowe najczęsciej z biurem podróży. I dokładnie jak u Ciebie, parę dni na plaży (staram się wybierać hotele, które mają swoją plaże), kilka w samochodzie, a pozostałe zwiedzanie najbliższej okolicy, transport publiczny lub wycieczki kupione w lokalnych biurach. I bardzo lubię taką formę spędzania czasu, można i odpocząć i coś zobaczyć we własnym tempie i zgodnie z zainteresowaniami.
    Niestety często spotykam ludzi, do których "nie dociera", że kupując opcję AI można wyjść z hotelu 😉 i coś zobaczyć, wg nich na takich wakacjach zazwyczaj tylko leżę nad nad basenem.
    Jedyna forma podróżowania, która nie przypadła mi do gustu to objazdówka, byłam raz, dawno temu i, jak dla mnie, za dużo i za szybko.

    Pozdrawiam,
    Marie

    • Madame Edith pisze:

      Marie,
      bardzo dziękuję 🙂
      Osobiście również jakoś do objazdówek nie mogę się przekonać, ale np. moi rodzicie byli na takiej wycieczce we Włoszech i bardzo mi ją polecali. Póki co zdecydowanie odstrasza mnie długa jazda autokarem i robienie wszystkiego "na gwizdek", że o małej ilości czasu na samodzielne zwiedzanie nie wspomnę. To chyba jednak po prostu nie dla mnie 🙂

      Moc pozdrowień,
      E.

  18. Anonimowy pisze:

    A propos tego ostatniego zdjecia – jaki statyw polecasz na wyjazdy?

    • Madame Edith pisze:

      Mój statyw jest marnej jakości. Cały czas zbieram na Manfrotto. Jeśli masz dosyć lekki aparat – do 500 g, to w trakcie wyjazdu dobrze sprawdzi się statyw kulkowy 🙂

  19. Koja pisze:

    Ja nie korzystam z pomocy biura podróży. Mój mąż znalazł w tym roku świetny pensjonat Malwa http://www.pensjonat-malwa.pl/ w Świeradowie Zdroju. Wypoczęłam tam i naładowałam akumulatory. Coś dla aktywnych czterdziestolatków.

  20. Camille-C pisze:

    Mnie chyba najbardziej w biurach podróży drazni sam fakt, że jestem pod czyjąś opieką, trzymanie za rączkę przez rezydenta sprawia, że coś się we mnie gotuje. Raz w życiu skorzystałam z oferty biura podróży i baaardzo się zraziłam. Długo nie mogłam się przemóc żeby chociaż spojrzeć na przykładowe oferty i w efekcie w tamtym roku wydałam na wycieczkę do Włoch trochę więcej, niż powinnam, bo chciałam ją sobie zorganizować od A do Z 😀 W tym roku z kolei odkryłam złoty środek – pośrednika! A konkretnie – ***. Sama wybrałam sobie hotel (ale już bez szaleństw cenowych) i datę wylotu, ale na miejscu mogłam planować sobie podróż sama. To była najlepsza opcja z możliwych i idealna na moją (jeszcze nie wypchaną banknotami ;)) kieszeń 😀

    • Madame Edith pisze:

      Dokładnie w taki sam sposób można korzystać z ofert biur podróży: wybierasz hotel, biuro zawozi Cię na miejsce i na tydzień lub dwa jesteś pozostawiona sama sobie i robisz co chcesz 🙂

  21. Kobieta po 30 pisze:

    myślę, że nie ma reguły i tak jak piszesz każdorazowo warto analizować sytuację i wybierać to, co nam najbardziej odpowiada

  22. Karolcias pisze:

    Dawniej to różnie u mnie wyglądało. Zdarzało się, że po przylocie miejsce różniło się znacznie od tego w folderze. Teraz jeżdżę tylko z Netholiday, bo każdy wyjazd z nimi wspominam miło:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Wakacje z biurem podróży – warto?


Po raz pierwszy z biurem podróży na wakacje pojechałam zaledwie dwa lata temu. Odbyło się to przypadkiem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności po [...]
@MadameEdith on Instagram