El Caribe

26 listopada 2014
El Caribe
El Caribe to kolejna odwiedzona przez mnie restauracja na Żoliborzu. Mieści się dosłownie rzut beretem od metra i parę kroków od Placu Inwalidów na parterze wysokiej kamienicy. Już po szyldzie można się zorientować, że do czynienia będziemy mieć z oryginalną, egzotyczną kuchnią. Jeśli byliście kiedyś na Kubie lub jedliście tamtejsze specjały, to będzie to znakomite miejsce od odbycia podróży sentymentalnej i wspominek. A jeśli taka wyprawa jest jeszcze przed Wami, to dzisiejszym wpisem zabiorę Was w podróż po barwnej kuchni tego jakże interesującego kraju.

El Caribe

Wnętrze El Caribe składa się z jednej sporej sali, w której poustawiane zostały czarne stoliki z turkusowymi nóżkami, a także krzesła z czerwonymi oparciami. Kolory te nie są tu przypadkowe, nawiązują bowiem do niebiesko-czerwonej flagi kubańskiej, która powiewa na ścianie.

El Caribe

 

El Caribe

Dzięki energetycznym dodatkom wnętrze jest bardzo pozytywne i sprawia naprawdę przyjemne wrażenie. Tego dnia byliśmy pierwszymi gośćmi restauracji, więc mogliśmy swobodnie wybrać miejsca. Zasiedliśmy na czarnej kanapie pod ścianą, pod zdjęciem oświetlonego nocą placu Plaza de la Catedral w Hawanie.

El Caribe

Naprzeciw znajduje się utrzymany w czerni bar. Lampy, jak i czerwone detale partnera restauracji – kubańskiego rumu, tworzą z nim bardzo udane połączenie.

El Caribe

To drugie po Moonsferze miejsce, do którego przyszliśmy w celu przetestowania vouchera w ramach akcji „Tydzień Restauracji” i współpracy z Groupon Polska. Tym razem sprawdzaliśmy na czym polega korzystanie z kuponu na „kubańską 3-daniową ucztę dla dwojga” (w cenie 149 zł).

El Caribe

Jako, że podczas robienia rezerwacji uprzedziliśmy obsługę, że będziemy korzystać z kuponu, to z miejsca dostaliśmy tylko karty z napojami, z których wybraliśmy polecany mango smoothie (15 zł). Smakowało nam tak bardzo, że nie poprzestaliśmy na jednym… Było absolutnie doskonałe –  nie za słodkie, miało odpowiednią, dość gęstą konsystencję. To był znakomity wybór, który momentalnie wprowadził nas w wyśmienity, wakacyjny nastrój.

El Caribe

 

Pierwszym przystankiem naszej „3-daniowej uczty” był talerz przystawek – tzw. „pinchos cubanos”. Każde z nas dostało swoją porcję, więc po zjedzeniu czterech kanapeczek poczuliśmy się całkiem syci. Były one zresztą wyśmienite. Najbardziej posmakowały nam te z:

  • pikantną smażoną wołowiną z kolendrą – po tę kanapkę sięgnęliśmy w pierwszej kolejności (na zdjęciu pierwsza od prawej) i to było coś nieprawdopodobnego – idealna ilość kolendry i dość ostrych przypraw, doskonałe mięso i sos – krótko mówiąc: ogromna przyjemność dla podniebienia
  • tradycyjną kubańską potrawą Ropa Vieja (na zdjęciu druga od prawej) – znowu użyję skojarzenia do mojego ulubionego pulled pork, czyli szarpanej wieprzowiny, z tym, że mięso na naszych kanapkach było jeszcze bardziej wilgotne, gdyż podano je ze smacznym sosem
  • aromatyczną pastą z batata (na zdjęciu pierwsza od lewej) – genialna, lekko słodka pasta o kremowej konsystencji, coś przepysznego!

Najsłabszym punktem, była pasta z krewetkami, choć nie mogę powiedzieć, że była niesmaczna. Po prostu w porównaniu z jakże silną konkurencją wypadła najsłabiej.

El Caribe

Po tak obfitej przystawce przyszedł czas na danie główne. I tu otrzymaliśmy „plato cubano” czyli talerz kubański.

El Caribe

Solidna porcja składała się z rozmaitych kubańskich potraw, wśród których znalazły się:

  • mofongo con bistec de cerdo – purée z platana wraz z soczystym stekiem wieprzowym, oblane tradycyjnym sosem mojo,
  • frijoles negros – potrawka z czarnej fasoli,
  • skropione limonką i posypane kolendrą posiekane drobniutko awokado z odrobiną czerwonej cebuli,
  • ensalada casera – sałatka domowa z pomidorów i sałaty z sosem pomarańczowym.
El Caribe

Stek był podany w mniejszych i bardzo cieniutkich kawałkach, był pięknie przyrumieniony i bardzo soczysty. Ciekawym elementem było puree z platana o gładkiej strukturze, rozpływające się w ustach. Bardzo przyjemne były też dodatki w postaci sałatki oraz awokado, a także chrupiąca dekoracja steka – na mój gust były to mocno opieczone trzy rodzaje warzyw (zidentyfikowałam m.in. bataty), które przypominały warzywne chipsy.

Danie to smakowało zdecydowanie lepiej niż wygląda na moich zdjęciach – niestety trudno było ująć w warunkach restauracyjnych tę kompozycję i zamknąć ją w dobrym ujęciu. Musicie mi zatem wierzyć na słowo, że była to pozycja smakowita, niezwykle aromatyczna i jednocześnie kolorowa.

El Caribe

W połowie porcji zaczęliśmy puszczać „bańki nosem” – tak byliśmy najedzeni, a przecież (o zgrozo!) czekał na nas jeszcze deser!

El Caribe

„Postre del dia”, czyli deser dnia, każdego dnia może być inny. Zgodnie z informacją od przemiłej pani, która nas obsługiwała, trafiliśmy wyśmienicie, bo na domową szarlotka z gęstym sosem waniliowym. Faktycznie, ciasto podawane na ciepło było przepyszną, jesienną propozycją. Dość ciężką, gdyż zrobioną na solidnej porcji masła, ale i z dobrą proporcją jabłkowego nadzienia. Sos dopełniał resztę. Nic tylko poprosić o przepis 🙂 Rewelacja!

El Caribe

 

El Caribe – dla kogo?

Dla każdego, kto lubi luźne, niezobowiązujące miejsca z ciekawą kuchnią i niebanalnym wystrojem. Ceny w standardowym menu są przystępne – zupa kosztuje ok. 12-14 zł, sałatki wahają się od 25-30 zł, dania główne z owoców morza – kosztują do 40 zł, a mięsne przeważnie koło 28-35 zł.

El Caribe

El Caribe – podsumowanie:

El Caribe to bardzo ciekawe miejsce na mapie warszawskiej gastronomii. Polecam miłośnikom dużych porcji i pysznego, oryginalnego jedzenia. Miło, że w stolicy istnieją tak nietuzinkowe restauracje, które promują bardzo atrakcyjną, choć zupełnie nieznaną, kuchnię kubańską.
Bardzo podobała mi się obsługa i sprawność wydawania dań. Lokal już po otwarciu szybko się zapełniał, co można zaliczyć na korzyść tutejszej kuchni, którą zawiaduje najprawdziwsza Kubanka. Zresztą trudno się dziwić popularności tego miejsca, skoro pośród rozlicznych podpisów na ścianach jeden pozostawił sam Fidel – po takiej rekomendacji chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości z jak dobrą restauracją ma do czynienia 🙂
El Caribe

Do przeczytania wkrótce!
E.

El Caribe
Podobne wpisy

Komentarze

16 odpowiedzi na “El Caribe”

  1. Anonimowy pisze:

    Bardzo dziękuję za relację z El Caribe. wybieram się tam już od dawna, żeby porównać serwowane przez ich dania z "oryginałami" których próbowałam podczas wakacji na mojej ukochanej Kubie 😉 Koktajl z mango wygląda pysznie, a wystrój lokalu i Twoja opinia tylko utwierdzają w przekonaniu, że w grudniu trzeba to miejsce koniecznie odwiedzić ! Pozdrawiam, Joanna.

  2. Fajne nawet nie wiedziałam , że taka restauracja jest w Wwie

  3. T pisze:

    Przyznam , że wnętrze naprawdę wygląda jak z tamtej części świata a przynajmniej ta pierwsza część. Dania wyglądają apetycznie. Z chęcią kiedyś tam wpadnę 🙂

  4. Anna pisze:

    Sala swieci pustkami, przy barze kilka osob w kurtkach, czapkach, jedna pani okutana szalem. Nie grzeja tam ? pomimo twojego opisu, zdjecie nie zacheca do odwiedzenia tego miejsca, wystroj to nie wszystko, potrzebna jest jeszcze atmosfera i ludzie, a tej na zdjeciach nie widac.

    • Madame Edith pisze:

      Anno,
      Panie przy barze weszły do śodka tylko po kawę na wynos i zaraz wyszły 🙂

      Sala była pusta kiedy robiłam zdjęcia, ponieważ byliśmy pierwszymi klientami tego dnia – o faktycznej liczbie gości zresztą napisałam wyżej.

      Jameśli idę do restauracji z myślą, że ją opiszę na blogu, to zawsze staram się odwiedzać dane miejsca kiedy jest w nich pusto, czyli często właśnie tuż po itwarciu. Nie chcę bowiem denerwować innych klientów wyciągając wielki aparat, a jednocześnie chcę pokazać wnętrza danego lokalu.

      Pozdrawiam,
      E.

  5. Anonimowy pisze:

    Madame Edith…fajnie opisujesz restauracje, czy myslalas, aby napisac przewodnik z ciekawymi restauracjami?…nie tylko w W-wie..
    Patrzac na zdjecia, cieknie slinka, a z opisu wynika,ze bylo smacznie.Fajnie masz:)
    Podobnego slinotoku dostalam na widok jedzenia w Japonii, a pozniej sie okazalo,ze na wystawie sa tylko atrapy! Byly one tak realne, ze nie uwierzylam, dopoki nie dotknelam:)
    Nie probowalam kuchni z Karaibow,ale wszystko przede mna.
    Serdecznie pozdrawiam
    Wiesia

    • Madame Edith pisze:

      Wiesiu,
      Bardzo dziękuję za miłe słowa 🙂
      Z opisem warszawskich restauracji jest taki problem, że często nie trzymają poziomu, przy dwóch wizytach wszystko gra, a przy trzeciej ma się wrażenie, że to nie ten sam lokal. Oczywiście restauratorzy coraz bardziej się starają i to się zmienia, jednak zdarza się też tak, że nawet świetne restauracje żyją krótko i są z różnych powodów zamykane. Najłatwiej można to zauważyć na Chmielnej i Nowym Świecie, gdzie są wysokie czynsze i mało komu udaje się sztuka przetrwania. Chodzę tymi ulicami raz, dwa w miesiącu i niemal za każdym razem jestem zaskoczona jakąś nową kawiarnią, czy knajpką. Mało jest lokali, które przetrwały np. 5 lat.
      Jestem przekonana, że w Australii jest zupełnie inaczej.

      Moc pozdrowień,
      E.

    • Anonimowy pisze:

      Wiem czym piszesz, Madame Edith, ogladam Kuchenne Rewolucje zarowno na biezaco jak i te dawniejsze, wiec mam wizje , co w polskiej gastronomii wieje:)
      Mysle,ze Polacy nie maja tradycji chodzenia do restauracji, moze teraz to sie powoli zmienia, ale tkwi w nas przekonanie,ze najlepiej to w domu, a do knajpki, to od swieta.
      Podczas mojej ostatniej wizyty, piec lat temu, za kazdym razem , kiedy weszlam do restauracji, pytalam, czy otwarte…sale wialy pustkami.Acha! Dodam jeszcze,ze zawsze bylo mi tam ciemno i prosilam o wiecej swiatla:)
      Australijczycy kochaja jesc poza domem.Dostac wolny stolik w jakiejkwiek restauracji w miescie w weekend,graniczy z cudem!Sa takie restauracje, do ktorych rezerwacje trzeba zrobic kilka miesiecy przed ,jak np.japonska restauracja Tetsuya (nazwa od nazwiska wlasciela).W tygodniu, w czasie lunchu male i wieksze bary czy restauracje sa zatloczone.
      Ja jestem ogormna wielbicielka kuchni japonskiej, po polskiej oczywiscie:), wiec czesto chodze do tzw.suchi -train, gdzie jedzenie przygotowywane jest na oczach konsumentow, a jadace po tasmie talerzyki z suchi wygladaja jak male arcydzielka:).
      Najlepiej jednak karmia tam, gfzie wlascielami jest cala rodzina, mama, babcia w kuchni, tata i synowie na sali lub za barem.Konkurencja jest duza, wiec kazdy sie stara.W poblizu mojego domu jest mala restauracyjka,ktora prowadzi rodzina Turkow.Takiej kawy po turecku jak tam, to nie ma w calym miescie:))
      Rodzi sie pytanie: czy sa polskie restauracje?
      Sa.
      Ale lepiej, aby ich nie bylo.Nasza kuchnia jest wspaniala, jezeli umie sie ja przekazac i rozlekamowac.Kiedys zaprosilam gorno znajomych, nie Polakow, aby pokosztowali naszych smakolykow.Oni byli zachwyceni, ja nie, bo wiem, jak powinno smakowac…Lubie gotowac i gotuje wszystko, ale wiem,ze nigdy nie zrobie takiego sushi jak Japonczyk , i dlatego kucharz z Nowej Zleandii nie ugotuje dobrego bigosu, bo oprocz receptury, nalezy miec..dusze…
      Rozpisalam sie ….ale to jeden z moich ulubionych tematow:)
      Caluski
      Wiesia

    • Madame Edith pisze:

      Wiesiu,
      u nas też jest mnóstwo barów sushi z taśmą – bardzo je lubię 🙂 Zresztą kuchnia japońska także jest popularna w Warszawie. Powiedziałabym nawet, że po włoskiej jest chyba najbardziej rozpowszechniona.
      Nie wiem czy czytałaś moją relację z Brukseli, z japońskiej restauracji Kamo (nazwa także pochodzi od nazwiska właściciela)? To było ogromnie fajne doświadczenie i dobra wprawka przed wyjazdem do Japonii. W Polsce jednak nikt nie traktuje gości w taki sposób, jak to robią rodowici Japończycy.

      Serdeczności!
      E.

    • Anonimowy pisze:

      Madame Edith…oczywiscie,ze czytalam o Komo:)
      Masz unikalny talent opisywania i fotografowania potraw…mysl o ksiazce:)
      Aby byc uprzejmym jak Japonczycy i czysci jak oni, trzeba urodzic sie Japonczykiem.
      Inaczej sie nie da!
      Takie male restauracyjki, jak Komo, sa gesto usiane w calej Japonii.Pamietam moje rozczarowanie, kiedy zobaczylam prawdziwe, japonskie sushi: surowa ryba, w dosc sporym kawalku..zadnego ryzu, chyba,ze sie zamowi, zadnych dodatkow.Znajomy Japonczyk wytlumaczyl mi,ze to, co Japonczycy serwuja na swiecie, jest dla ludzi "zachodu".Jest oczywiscie sushimi,ale i tak w podrobce.Kiedy przypomnialam mu,ze i w Japonii widzialam takie sushi jak w Sydney, wyjasnil,ze w wiekszosci jest to dla turystow..
      Wole jednak ten "zachodni" styl:)
      Japonczycy na co dzien zyja zgodnie z niepisanym kodeksem honorowym samurajow i nie honorowo byloby zle pracowac lub byc nie-milym dla blizniego.
      Pieknie, prawda?
      Caluski
      Wiesia

  6. Anonimowy pisze:

    Alllle bosko! Ile kosztował taki Groupon dla jednej osoby?

  7. Anonimowy pisze:

    Czy mają tam kubańskie kanapki ? 🙂

  8. jakiś czas temu gdy odbywałam podróż do Warszawy wstąpiłam do tej restauracji za sprawą Twojej recenzji i tego wpisu. niestety przystawek nie było A chciałam bardzo spróbować za to mango smoothie smakował wybornie słonecznie i już nim się nasycilam 😉 dzięki takim drogowskazom łatwo się trafia w smaczne miejsca. Asia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza


Moja ocena [1]:
Rodzaj kuchni:
Przedział‚ cenowy:
, Warszawa
Zobacz na Mapach Google
@MadameEdith on Instagram