PAUL

27 lipca 2015

Ostatnio miałam okazję bywać w naprawdę świetnych restauracjach. W takich, w których wszystko gra: obsługa, jedzenie, atmosfera i wystrój. Dawno też nie miałam takiej ochoty, by odwiedzić jakieś nowe miejsce w Warszawie i by napisać o nim dobrze. Bardzo lubię chwalić i polecać i sporadycznie zdarzają mi się wpisy krytyczne. Po prostu lubię nieść dobrą nowinę, ale jeśli jest powód, to czuję obowiązek, by Was przed pewnymi produktami lub miejscami przestrzec. Sądziłam więc, że udając się do otwartego kilka dni temu PAUL’a nie będę miała żadnego problemu z wystawieniem laurki. Myślałam, że wypiję dobrą kawę, zjem smaczne ciastko lub croissanta, zamówię coś na ząb i że wszystko zagra jak trzeba. W końcu to działająca od 1889 r. ogromna sieciówka, w której bywałam w różnych krajach i zawsze było co najmniej ok. Zawsze. Do teraz.

PAUL otworzył się w budynku Warsaw Financial Center, na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Emilii Plater (dokładny adres to Emilii Plater 53). Ma w podtytule dumnie brzmiące nazwy: „Boulangerie”, „Patisserie”, „Salon de Thé” oraz „Restaurant”. Krótko mówiąc jest to zarówno piekarnia, cukiernia, jak i restauracja, choć według mnie z „salon de thé” to już trochę przesadzili. W ofercie znajdziemy bowiem tylko podstawowe rodzaje herbat (English breakfast, Earl Grey oraz zieloną), w dodatku z torebki, a nie sypanych. Ale to w sumie najmniejszy problem…

Przez pierwsze okno od prawej można podglądać pracę piekarzy

 

PAUL – wizyta pierwsza

Przychodzę na kawę i ciastko. Wybieram frappe z bitą śmietaną (duża kosztuje 15,90 zł + bita śmietana 2,00 zł) oraz tartaletkę z malinami (15,90 zł). Niestety okazuje się, że maliny się skończyły i że jest tylko wersją z truskawką. Zamawiam więc tę, która jest dostępna. Kawa jest bardzo dobra, a porcja solidnych rozmiarów, choć posypana została zbyt dużą ilością kakaowej posypki.

Ciastko nie powala na kolana, zwłaszcza za tę cenę (15,90 zł) spodziewałabym się czegoś znacznie lepszego. Spód jest zbyt twardy, choć czuć, że był robiony na maśle. Osobiście wolę jednak mniej zbite ciasta – takie, które są prawdziwie kruche i które można podzielić na kawałki widelcem, a nie obowiązkowo nożem.

Podoba mi się za to sposób podania – odkąd pamiętam bardzo lubię zastawę PAUL’a z charakterystyczniejszymi czarnymi paskami na brzegu i delikatnym napisem.

Aktualizacja (6 sierpnia 2015)


przy innej wizycie znakomita okazała się za to tartaletka cytrynowa z bezą (sama za nią nie płaciłam, ale o ile dobrze pamiętam jest w tej samej cenie – 15,90 zł). Ciasto jest miękkie i bez problemu daje się pokroić widelcem. Nadzienie jest wilgotne i mocno cytrynowe. Najlepsza jest jednak beza. Po prostu mistrzowska. Bardzo delikatna i chrupiąca na wierzchu. Coś pomiędzy bezą szwajcarską, a francuską. Czysta poezja smaku! Za nią warto jest zapłacić taką kwotę.

Ogólne dobre wrażenie podtrzymuje przyjemne wnętrze, które bez dwóch zdań jest fotogeniczne: niby-półki z książkami, rustykalna boazeria, stylowe krzesła, fotele oraz biało-czarne kafle połączone z drewnianą podłogą. To po prostu dobrze wygląda.

 

 

 

 

PAUL – wizyta druga

Wraz z Monsieur wpadamy tu na późny obiad.
Zamawiam naleśniki z szynką i serem (21,90 zł), a M. decyduje się na wołowego burgera z jajkiem (34,90 zł).

Dania są ładnie podane. Naleśnikowi (z szynką i Emmentalerem) towarzyszy sadzone jajko oraz sałatka. Wszystko jest super do momentu gdy chcąc ukroić jajko nieopatrznie odsuwam je o 1 cm. Moim oczom ukazuje się … martwa półcentymetrowa mucha! Aaaaa!

Proszę kelnera. Nietknięte danie trafia z powrotem do kuchni.

PAUL: naleśnik z szynką i serem Emmentaler oraz sadzonym jajkiem

W tym czasie M. pałaszuje swojego burgera. Mięso (choć nikt nie zapytał o stopień wysmażenia) jest zrobione well-done. Na szczęście pozostało wilgotne i smakuje dobrze. Zwłaszcza z serem raclette oraz znakomitym sosem z dodatkiem całych ziaren zielonego pieprzu. Bułka jest jedną z najlepszych brioche, jakie można wymyślić do takiego dania. Po prostu pyszna, maślana, delikatna i obficie posmarowana smacznym sosem. Charakteru temu daniu nieco ujmują zbyt wysuszone ziemniaczki. Sałatka i jajko są za to bez zarzutu.

PAUL: wołowy burger z jajkiem oraz serem raclette

Kiedy M. kończy swoją porcję ja dostaję nowego naleśnika. Przynosi go szef zmiany, który jasno stwierdza, że nawalili i że bardzo przeprasza.

Nowy naleśnik jest poprawny i ma sporo nadzienia. Na średni głód lub śniadanie to dobry wybór.

Na deser zamawiamy napoleonkę (11,90 zł). Niestety po chwili kelner wraca i informuje, że już się skończyły. Wówczas decydujemy się na eklerkę z bitą śmietaną i malinami. Ponownie nie mamy farta: malin znowu nie ma i możemy wybrać tę z truskawką lub wanilią, ewentualnie napoleonkę z czekoladą. Ostatecznie bierzemy eklerkę waniliową (11,90 zł), która jest znowu tylko bardzo przyzwoita. Za połowę tej ceny myślę, że równie dobrą zjemy w położonej nieopodal piekarni Aromat (ul. Sienna 39).

PAUL: eklerka waniliowa

PAUL – dla kogo:

Na chwilę obecną chyba tylko dla tych, którzy chcą zaszpanować, że jadają w nowym, modnym miejscu lub tych, którzy za wszelką cenę chcą się przekonać czy duża sieć zdała egzamin przy wchodzeniu na nowy rynek. Otóż, możecie oszczędzić sobie trudu: według mnie póki co nie zdała. Liczę, że się poprawią i za jakiś czas będzie znacznie lepiej. Wrócę tu z pewnością, bo mimo wszystko mam sentyment do tej marki, a lokal jest ładnie urządzony i miło się w nim siedzi.

Obsługa wygląda dość karykaturalnie w za dużych piekarskich kitlach i białych butach. W dodatku kaleczy francuskie nazwy – czy nie prościej w kraju na Wisłą byłoby używać polskich nazw? Myślę, że dla obu stron byłoby prościej. Parę lat temu Starbucks przekonał się, że do polskiego klienta nie warto wołać na wstępie: „Część! Jak masz na imię?”, bo język polski różni się od angielskiego, a klienci nie lubią być traktowani jak kumple, zwłaszcza jeśli są starsi od baristów o naście lub parędziesiąt lat.

Aktualizacja (6 sierpnia 2015 r.)
Po moim wpisie w restauracji nastąpiły zmiany. Więcej o tym przeczytacie w poście „PAUL piekarnio-restauracja c.d.„.

PAUL – podsumowanie:

Niestety na polskim PAULu póki co się zawiodłam. I to bardzo.

Nie dość, że mieli kilka wpadek z brakiem asortymentu cukierniczego (karta deserów obejmuje zaledwie kilka pozycji, więc nie jest tak, że jest szeroka jak za granicą, czy choćby u lokalnego Lukullusa lub Bliklego), to jeszcze ta nieszczęsna mucha pod sadzonym jajkiem

Na domiar złego do rachunku doliczono nam pieczywo, które braliśmy na wynos, po zawyżonej cenie (zamiast 9,90 zł za bochenek chleba „6 ziaren” – cena wywieszona w witrynie, widoczna nawet na poniższym zdjęciu, zapłaciliśmy 14,90 zł). O tym ile faktycznie zapłaciliśmy za chleb przekonałam się dopiero w domu gdy znalazłam rachunek, który opłacał M., więc nie miałam okazji wyjaśnić tej sytuacji w restauracji.

Za bochenek chleba „6 ziaren” trzeba zapłacić 9,90 zł wg ceny z witryny, na rachunku wybita zostaje jednak kwota 14,90 zł jak za chleb z flamandzki serem (zgodnie z informacją z witryny)
Chleb „6 ziaren”

Co więcej: herbatę z dwiema filiżankami potraktowano jako dwie oddzielne herbaty (2 x 11,90 zł) mimo, że czajniczek był jeden. Kelnerka przy płaceniu tłumaczyła, że czajnik był duży i dlatego był dla dwóch osób, ale nikt nas o tym fakcie nie uprzedził przy składaniu zamówienia. Nie ma też żadnej wzmianki na ten temat w karcie. Jest tylko informacja, że herbata w dzbanku kosztuje 11,90 zł i że jest podawana w imbryku. Koniec. Kropka. Takiego skubania klienta nie uważam za coś normalnego. Dla mnie normą jest zamawianie herbaty i proszenie o dwie filiżanki. Robimy tak często, zwłaszcza gdy jedno z nas pije kawę i che tylko spróbować herbaty od drugiej osoby.

Dodatkowo uważam, że przy sytuacji takiej jak z muchą danie raczej powinno być odjęte od rachunku lub obsługa winna zaproponować klientowi jakąś rekompensatę. Tu nic takiego nie miało miejsca. Nikt nawet się nie zająknął poza krótkimi przeprosinami.

Z dań, których próbowaliśmy naprawdę dobry był burger z serem i jajkiem, a jego cena przystawała do warszawskich standardów i nie była jakoś nadzwyczajnie zawyżona, w przeciwieństwie do innych rzeczy, których kosztowaliśmy.

Pozytywna wiadomość jest taka, że za kilka dni pojawią się relacje z kilku fajnych miejsc, o których będę mogła napisać niemal w samych superlatywach. Tymczasem na PAULa uważajcie. To osobnik, którego intencje nie są czyste i, co mnie szczególnie dziwi, postępuje tak już na samym początku swojej gastronomicznej drogi w Warszawie. Mam nadzieję, że to się szybko zmieni, bo byłoby szkoda tak stylowego miejsca i świetnej lokalizacji.

Do przeczytania!
E.
Follow Madame Edith on Instagram

*Jakiś czas temu mieliśmy taką sytuacją w restauracji Signature: dania główne okazały się być zdecydowanie zbyt słone i nie mogliśmy ich dokończyć. Obsługa przy płaceniu rachunku oznajmiła, że desery w ramach przeprosin są na koszt restauracji. Było to miłe zachowanie, którego prawdę mówiąc się nie spodziewaliśmy. Nie oddaliśmy przecież całych dań do kuchni, a jedynie ich nie dokończyliśmy w +/- połowie.

Aktualizacja (6 sierpnia 2015 r.)
Po moim wpisie w restauracji nastąpiły zmiany. Więcej na ten temat przeczytacie w poście „PAUL piekarnio-restauracja c.d.„.

W menu PAUL’a znajdziemy także kanapki – od 14,90 do 16,90 zł…
…oraz makaroniki: 5 zł za małego oraz 15 zł za dużego.
Podobne wpisy

Komentarze

30 odpowiedzi na “PAUL”

  1. Karola pisze:

    tak to niestety czasem jest – w naszym pięknym mieście zdarzają się restauracyjne buble… ale o ile przyjemniej idzie się wtedy do sprawdzonego, ulubionego miejsca, prawda? 🙂

    ja tak miałam z Fridą – nigdy w życiu moja noga więcej tam nie postanie!

  2. Marzena pisze:

    Będę omijać szeroki łukiem…;-(

  3. Madou pisze:

    w mało którym "salon de thé" we Francji znajdziemy dobre i sypane herbaty, zazwyczaj są to właśnie ze 3 herbaty do wyboru w saszetkach, salon de thé poza "thé" w nazwie to nie ma nic wspólnego z herbaciarnią

    • Madame Edith pisze:

      Madou,
      mi francuski "salon de thé" kojarzy się co prawda nie z jakąś niewyobrażalnie rozbudowaną kartą herbat, ale przynajmniej z kilkoma bardzo dobrymi propozycjami. Nie zawsze bardzo konwencjonalnymi jak herbaty białe czy oolong. Na herbaty w torebkach (poza tymi z wyższej półki jak np. szwajcarskiej marki Sirocco) reaguję nieco alergicznie. Uważam, że jeśli idę do miejsca, które herbatą chce się chwalić (a niewątpliwie PAUL ma takie ambicja umieszczając tę nazwę niejako w podtytule), to oczekuję przynajmniej kilku fajnych gatunków i w wersji sypanej. Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli 😉

      Serdeczne pozdrowienia
      E.

    • Madou pisze:

      Tzn ja wiem co masz na myśli, ale Francuzi widzą to inaczej. Chodzi o to, że nazwanie się "salonem herbacianym" we Francji do niczego takiego o czym Ty piszesz nie zobowiązuje. Salon de thé to właśnie te 3 herbaty, wcale nie z wyższej półki, zawsze w torebkach i chyba jedynie w Paryżu w bardziej luksusowych można mieć jakiś większy wybór. I pewnie, ja też bym wolała aby był większy wybór herbat, ale we francuskiej tradycji herbata nie jest popularnym napojem. I żadnego Francuza nazwa "salon de thé" w tym przypadku by nie zaskoczyła, bo to jest właśnie to – różne ciacha do wyboru i te trzy herbaty przeciętnej jakości. Więc z punktu widzenia kogoś, kto od kilku lat mieszka we Francji użycie tego napisu ani nie jest zaskoczeniem, ani tym bardziej nadużyciem. Co innego, gdyby nazwali się herbaciarnią. Wtedy mam prawo wymagać tych pięciu herbat sypanych ;P

  4. gin pisze:

    Jak dobrze nie mieszkać w Warszawie 😉
    A serio – czasem tęsknię do Polski i małych kawiarni czy herbaciarni – w Danii takie coś, poza Kopenhagą rzecz jasna, niemal nie istnieje…

    • Madame Edith pisze:

      Gin,
      mieszkanie w każdym miejscu niewątpliwie ma swoje plusy i minusy. Warszawa na szczęście intensywnie rozwija się kulinarnie i choć, jestem pewna, że pod tym względem nie dorasta Kopenhadze do pięt, to na różnorodność wrażeń nie możemy narzekać. Czasami jest po prostu lepiej, a czasami gorzej. Jak to w życiu 😉 Oby tylko tych dobrych momentów było więcej!

      Pozdrawiam z wyjątkowo pochmurnej dziś W-wy
      E.

  5. Vela pisze:

    Sporo wpadek niestety, a szkoda, bo jedzenie wygląda fenomenalnie i połączenia składników brzmią naprawdę kusząco. Cały wystrój również mi się bardzo podoba, wydaje się wnętrze surowe ale z pewnością można się z nim zrelaksować. 🙂

    • Madame Edith pisze:

      Vela,
      niestety czasami jest tak, że obsługa sprawi, że nawet najlepsze danie będzie smakowało zupełnie nie tak jak powinno.
      Działa to też w drugą stronę: miły serwis może uczynić z przeciętnej knajpki fenomenalne miejsce, do którego ludzie będą chcieli wracać.

      Serdeczności
      E.

  6. Anonimowy pisze:

    Polakom daleko do dobrej obsługi, nikt się nie uśmiecha, nie jest życzliwy, a jak już uśmiech pojawi się na twarzy to taki wymuszony. Pracowałam jakiś czas za granicą i mówię szczerze, duuuuuużo nam brakuje do dobrej obsługi. Moim zdaniem to w części wina managerów lub właścicieli, że nie inwestują w pracowników, nie szkolą, ale chętnie krytykują.
    Edi

    • Madame Edith pisze:

      Edi,
      Niestety tak właśnie często jest w Polsce. Dodatkowo sytuacji nie poprawiają głodówki pensje kelnerów, bo "przecież dorobić na napiwkach". Przez to obsługa się stale zmienia i wciąż trafia się na ludzi, którzy się uczą. Jedynie w droższych lokalach jest inaczej.
      Serdecznie pozdrawiam
      E.

    • Anonimowy pisze:

      To w takim razie zapraszam do Poznania – tutaj akurat obsługa jest na bardzo wysokim poziomie i gdziekolwiek się nie pójdzie – można liczyć na pełen profesjonalizm.

    • Madame Edith pisze:

      Dziękuję! Uwielbiam lokale w Poznaniu. Swego czasu często tam bywałam i mam znakomite wspomnienia. Od dwóch lat planuję wyjazd do Poznania choćby na weekend, ale cały czas nie dochodzi on do skutku…

  7. Anonimowy pisze:

    Ja znam PAULa z krajów Bliskiego Wschodu (jadłam w 3 różnych krajach, 4 lokale). Jakość jest tu bardzo dobra i nigdy nie trafił mi się bubel. Chleb nadal często u nich kupuję. Ciastka dosłownie rozpływają się w ustach. I za przyzwoitą cenę można mieć fajny zestaw śniadaniowy (ale nie złożony z pojedynczych potraw). Rozczarowania doznałam za to w Paryżu (a nastawiłam się na coś co najmniej równego poziomem, skoro zto francuska piekarnia). Mieli tam i owszem set śniadaniowy, w podobnej cenie ale dawali kawę w plastikkowym kubku i generalnie wszystko wyglądało jak mcDonald (brudne stoliki, tacka itp). To był dopiero dramat. Jakość jedzenia dużo gorsza.

    • Madame Edith pisze:

      Droga Czytelniczko,

      Dziękuję za Twój komentarz!

      W Paryżu byłam w PAULu kilka razy na lotnisku CDG. Nie odwiedziłam tej sieci na mieście, ale w terminalu wszystko było ok. Kanapki świeże, kawa co prawda w papierowym kubku, ale brałam na wynos. Nie sądziłam, że w samym Paryżu wygląda to tak źle i że jest aż taka różnica. W Tokio dania były podawane jak w warszawskim oddziale – na zwykłych talerzach i w filiżankach.

      Z pozdrowieniami
      E.

  8. Joanna z Francji pisze:

    Ja znam glownie wersje francuska i musze powiedziec, ze ogladajac twoje zdjecia mam wrazenie, ze polska wersja jest bardziej, ze tak powiem "wypasiona". We Francji Paul to jest wlasciwie takie skrzyzowanie fast-foodu z przecietna piekarnia i musze ci powiedziec, ze ta siec nie ma dobrej opinii. Wiele produktow jest tam mrozonych i rozmrazanych, jesli jest zapotrzebowanie, niewiele jest rzeczy swiezych i robionych tak naprawde na miejscu. W Polsce ta siec chyba dopiero wchodzi na rynek wiec powinno im zalezec na jakosci.

    • Madame Edith pisze:

      Joanno,
      dziękuję za Twoją opinię. Tylko potwierdza ona poprzednie komentarze i wprawia mnie w jeszcze większe zdumienie, że jedna sieć ma tak różne oblicza. Ale być może wszystko przez to, że to sieć franczyzowa i nie wszystkie piekarnie trzymane są "jedną ręką". Tak, czy inaczej, nie świadczy to zbyt dobrze o całości tego przedsięwzięcia. Zobaczymy w którą stronę pójdzie polski oddział PAULa.

      Pozdrawiam ciepło
      E.

  9. blue pisze:

    35zł za hamburgera? To nie jest cena "normalna", nawet jak na warszawskie warunki.

    • Madame Edith pisze:

      Blue,
      Jak w restauracji, a nie barze, to raczej standard.
      Tyle się płaci np. w Der Elefant. Oczywiście w lokalach typu Bobby Burger za kanapkę z frytkami zapłaci się koło 20-25 zł. Podobne, choć nieco wyższe, ceny są w Warburgerze, ale takie miejsca traktuję jako bary, a za ładniejszy wystrój trzeba dopłacić kilka złotych.

      Serdeczności
      E.

  10. Anonimowy pisze:

    Ciekawi mnie bardzo smak i aromat tych makaroników po kilku godzinach w sąsiedztwie serka Camembert – czy innego cuda wystającego z kanapki 😉
    Pozdrawiam!
    Mal.

  11. Anonimowy pisze:

    Witaj Madame Edith! We Francji mieszkam już kilka lat i niestety PAUL kojarzy mi się z marnym fast-foodem z lotnisk… Prawdą jest, że Francuzi są królami kulinarnego świata i do takich przedsięwzięć typu opisana w Twoim poście kawiarnia (moim zdaniem restauracją tego nazwać po prostu nie wypada), podchodzą z wielką nonszalancją, do tego nastawioną na turystów. Wydaje mi się, że taka właśnie sytuacja ma miejsce obecnie w mojej ukochanej Warszawie – coś nowego, to wszyscy walą drzwiami i oknami, a do tego francuskie, więc już w ogóle mega lans. Ludzie! Opamiętajcie się i wyleczcie z kompleksów bo aż słabo się robi… Przyjedzcie do Francji, skosztujcie tutejszej kuchni i dopiero wtedy zachwycajcie się jej smakiem, kunsztem i powalającą na kolana historią. A PAUL? To fast-food i i pół metra mułu… Przepraszam za szczerość, ale tak uważam z punktu widzenia mojej kilkuletniej emigracji.

    Pozdrawiam rozsądnych i otwartych na świat 🙂

  12. Mam wrażenie, że chyba w Europie się myśli, że Polacy to generalnie idioci i łykają wszystko niczym młode pelikany. Można nam wepchnąć wszystko – od niskiej jakości po zawyżone ceny. Ubrania, jedzenie, sieciówki – zazwyczaj cena jak w UE lub wyższa a jakość gorsza. O co chodzi? Znam Paula z Londynu, Paryża, Brukseli i bardzo lubię ich kanapki, kawę i ciastka. Te ceny, które podałaś to lekki szok (szczególnie jak zauważyłaś przy pobliskiej piekarni Aromat). Moja Mama już w Paulu była , kupiła croissanta i był bardzo przeciętny. Reszta – bez komentarza. Za mniej niż 10zł można kupić na Biobazarze świetnej jakości chleby od małych wytwórców. Przykre strasznie.

    • Madame Edith pisze:

      Agnieszko,
      masz rację. Jest wiele dobrych piekarni (także z francuskim pieczywem), które mają znacznie lepsze ceny, jak i produkt.
      Ja także odwiedzałam PAUL'a w wielu miejscach i jadłam głównie kanapki lub ciastka w biegu, gdy nic innego nie było dookoła. Dwa razy uratowały mi życie na lotnisku w Paryżu. Szkoda, że w Polsce zaliczyli taki falstart i podyktowali "europejskie" ceny nie dbając o jakość obsługi.

      Moc pozdrowień!
      E.

  13. Young Wife pisze:

    Szkoda, bo na zdjęciach wyglądał bardzo apetycznie…:(

  14. Myślę, że to miejsce można sobie podarować. Kojarzę PAUL'a głównie z zagranicy i tam nawet było znośnie. Ciekawe o co tu chodzi. Po tym wpisie miałem zamiar nawet dziś się wybrać na kawę i jakieś ciastko, ale zrezygnowałem, nie pójdę 😉

  15. Truskawka pisze:

    Tak się składa, że byłem dziś w PAULu w galerii niedaleko Port Maillot w Paryżu. Spodziewałem się więcej po takiej marce, która działa tyle lat. Makaroniki wyglądały tragicznie, popękane, wysuszone. Zamówiłem fougasse i chouquette. Pierwsze nieświeże, a drugie miekkie, jakby podmokłe…

  16. Paula Traub pisze:

    Nieprzyjemna sytuacja, a obsługa tłumacząca się w ten sposób z herbaty — żenada. To również powinno zostać odliczone od rachunku. No cóż, czasami idziemy do miejsca, które ma o sobie bardzo wysokie mniemanie, a okazuje się, że jest takie sobie, a pracownikom słoma z butów wystaje.

  17. Masakra, a zachowanie obsługi z herbatą i robakiem jest co najmniej dziwne..

  18. pałka pisze:

    Paul to fast- food. Nie restauracja. Wszystko przyjeżdża mrożone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza


Moja ocena [1]:
Rodzaj kuchni:
Przedział‚ cenowy:
, Warszawa
Zobacz na Mapach Google
@MadameEdith on Instagram