Thaisty

19 października 2015

thaisty_8

Thaisty to całkiem młoda (działa od maja) i modna tajska restauracja usytuowana przy Placu Bankowym. Przyszliśmy tu w sumie przypadkiem. Wizyta była dość spontaniczna i zupełnie nieplanowa, przez co musieliśmy siedzieć przy wspólnym stole, a nie pojedynczym stoliku. Jak się okazuje w weekend trudno tu o miejsce i nawet można stać w kolejce! Ale to nas nie zraziło, choć może powinna zapalić nam się ostrzegawcza lampka, która dałaby sygnał do odwrotu…?

Wnętrze lokalu jest w miarę duże, na środku znajdziemy wspólny stół, a pod ścianami porozstawiane są mniejsze stoliki. Jest też kilka większych, przy których można zasiąść z większą grupą znajomych. Szczególnie fajnie prezentują się te sąsiadujące z szybą, która oddziela kuchnię od sali. Dzięki temu ma się szansę, by podglądać z bliska krzątających się po kuchni kucharzy.

thaisty_5 thaisty_7

Lokal utrzymany jest w nowoczesnej, odrobinę industrialnej stylistyce. Jest sporo małych palm i roślin – zakładam, że to element nawiązujący do egzotycznej Tajlandii. Generalnie wnętrze jest przyjemne, choć mi osobiście zabrakło tajskich akcentów poza napisem „witamy” w języku Tajów na czarnej tablicy nad kuchnią. Na dobrą sprawę lokal mógłby być przekształcony w kwadrans w jakąkolwiek inną restaurację np. serwującą kuchnię meksykańską czy amerykańską i też by wszystko grało – wystarczyłoby palmy zamienić na sombrero lub amerykańskie tablice rejestracyjne.

thaisty_9

Okazuje się, że aktualnie obowiązują dwie karty: standardowa oraz sezonowa. Do gustu przypadają nam bardziej klasyki, więc skupiamy się na nich. Jak widzicie ceny wahają się od kilkunastu do ok. 40 zł za porcję.

thaisty_6

Na początku decydujemy się na tajską herbatę z limonką (7 zł za małą oraz 10 zł za dużą szklankę – w menu jest podana tylko stawka za małą, co jest powodem małej konsternacji gdy dostajemy rachunek na którym jest 2 x 10 zł – samo nie wiedzieliśmy, że zamawiamy duże herbaty, bo nawet nie mieliśmy świadomości, że jest taka możliwość). Napój jest bardzo orzeźwiający, czuć w nim przyprawy, ale nie jest idealna propozycja na tę porę roku, bo robi się nam po niej zimno. Dodatkowo co chwilę wieje nam po plecach wiatr, gdyż co rusz do restauracji wchodzą nowi goście.
Latem tajska herbata jest jak najbardziej na miejscu, zimą drugi raz wybrałabym coś na gorąco.

thaisty_10

Nasza przystawka Pekin Bun (19 zł) z kaczą po pekińsku, sałatą i sosem Haisin podana jest całkiem szybko, bo już po ok. 10 minutach od zamówienia. Podoba mi się sposób serwowania na bambusowym talerzu. Do bułki dostajemy śmieszny tasak, którym przepoławiamy przystawkę. Smakuje wybornie i mimo, że porcje nie jest wielka, to jest godna polecenia. Na „pierwszy ogień” w sam raz.

thaisty_1

Kelnerka zabiera naczynie i informuje, że zaraz przyniesie dania główne. „Zaraz” przeciąga się do 40 minut.
Po pół godzinie nie wytrzymujemy i pytamy co z naszym jedzeniem. Po sprawdzeniu w kuchni dowiadujemy się, że „kucharze właśnie kończą danie i dostaniemy je za 2 minuty”.
Dwie minuty przeciągają się do ponad 10. A my z minuty na minutę robimy się coraz bardziej głodni i źli. Widzimy bowiem jak inny goście, którzy zamówili swoje dania dużo później niż my już je konsumują. Podejrzewam, że kuchnia zgubiła nasze zamówienie i gdybyśmy się nie przypomnieli, to czekalibyśmy dłużej. Znacznie dłużej.
Minus dla kelnerki, że po męsku nie przyznała się do błędu (nieważne czyjego – swojego czy kuchni) i nie powiedziała wprost jaka jest sytuacja. Kilka razy zdarzały mi się podobne rzeczy i po zapewnieniu, że kuchnia przygotuje jedzenie jak najszybciej, byłam spokojna i nie miałam tego za złe. Tu jednak wygrała opcja „oszukajmy klienta, pewnie jest głupi i nie będzie patrzył na zegarek”. Owszem. Klient patrzył i nawet mierzył czas stoperem
W końcu, po ponad 50 minutach (!!!) od złożenia zamówienia (to chyba mój rekord, nie przypominam sobie bym gdziekolwiek czekała dłużej na jedzenie) dostajemy swoje dania. Uff! Już mieliśmy wychodzić i iść na drugą stronę ulicy do Der Elefanta.

Wybrałam Pad Thai w wersji wege (26 zł). To klasyka gatunku i po niej zawsze poznaje się dobrą tajską kuchnię. I owszem Pad Thai’owi z Thaisty nie można odmówić tego, że jest znakomity. Smażony makaron ryżowy z jajkiem, sosem z tamaryndowca, orzeszkami nerkowca i kiełkami fasoli mung po prostu smakuje nieziemsko. Proste danie i jednocześnie wspaniałe. Mają za nie duży plus.

thaisty_2

Monsieur decyduje się na danie z mięsem i wybiera Khao Soi Gai (36 zł). To duszone udo podane z jajecznym makaronem oraz sosem na bazie mleczka kokosowego i pasty Khao Soi.
Na talerzu wygląda jak niezły rozgardiasz, ale pod kołderką z wrzuconego na gorący tłuszcz suchego makaronu (swoją drogą bardzo dobrego) kryje się godne uwagi danie. Udko jak udko jest soczyste, ale i delikatnie pikantne. Najlepszy według mnie jest sos i makaron z warzywami. Warto jeść go za pomocą łyżki, by wybrać do ostatniej zawartość głębokiego talerza. Uwierzcie, że to danie także porywa!

thaisty_3

Po tak obfitym jedzeniu czujemy się prawie pełni i już niemal nie pamiętamy o głodzie i czasie oczekiwania. Po zapewnieniu, że deser dostaniemy szybko, decydujemy się na Mango Sticky Rice (19 zł) – inne desery to lody sezamowe, na które jest zbyt zimno, lub Thairamisu, na które nie mamy ochoty.
Mango Sticky Rice wygląda nieciekawie. Ryż jest pomieszany z dzikim i podkoloryzowany. Jest lepki, ale na tym koniec. Nie czuć w nim w ogóle mleczka kokosowego! Jedynie kawałki mango są nim polane, ale…okazuje się, że mleczko jest przesolone. Aż trudno mi w to uwierzyć. Mam wrażenie, że kucharz zamiast dodać szczyptę soli i łyżkę cukru dodał do niego łyżkę soli. Coś potwornego! Deseru nie kończymy, bo jest trudny do przełknięcia. W ramach rekompensaty zaoferowano nam inny gratis, ale nie skorzystaliśmy. Mieliśmy już dość i po dwóch godzinach chcieliśmy jak najszybciej opuścić to miejsce.

thaisty_4
Zapewnienia, że Mango Sticky Rice w wykonaniu Thaisty to słodziutki i pyszny deser wkładamy między bajki i przenosimy się pamięcią do innych restauracji, w którym go jedliśmy lub do domu, w którego zaciszu możecie go zrobić całkiem łatwo (przepis: Mango Sticky Rice).
Przez grzeczność nie wytknę bardziej dobitnie obitego w dwóch miejscach talerza. Czy naprawdę do restauracji chodzi się po to, by jeść na wyszczerbionych naczyniach i płacić za deser 19 zł? To nie bar mleczny, gdzie na takie niedociągnięcia z wiadomych względów mogę przymknąć oko…

Thaisty – dla kogo?

Chyba dla każdego, bo i widzieliśmy rodziny z dziećmi, grupy znajomych, singli, jak i pary. Trzeba jednak przychodzić najedzonym, bo czas oczekiwania może przerosnąć najśmielsze oczekiwania i można porządnie zgłodnieć.

Thaisty – podsumowanie:

Z restauracji wychodzimy z mocno mieszanymi odczuciami. Monsieur stwierdza, że w skali od 1 do 5 dałby tylko 3. Ja się zastanawiam czy te 3 nie byłoby i tak mocno naciągane. Po raz pierwszy cieszę się, że nie przyszłam tu ze swoim aparatem, który mógłby zapalić „czerwoną lampkę” np. u obsługi lub menedżera i w związku z tym mógłby mieć jakiś wpływ na poziom obsługi. Zdjęcia robię niezauważona telefonem i dzięki temu mam pewność, że jestem obsługiwana jak każdy inny klient.
Nasza przystawka, jak i dania główne były znakomite. Słabo wypada nieinformowanie klientów o rzeczywistych cenach herbaty. Niby to „tylko” 3 zł na szklance, ale pozostawia niesmak. Sromotną porażką okazał się popularny w Tajlandii deser. Trochę mnie to wszystko dziwi. Choć i tak nic nie przebije czasu oczekiwania na jedzenie i zachowania obsługi. Takich rzeczy się nie zapomina.
Do kolejnego przeczytania!
E.

Podobne wpisy

Komentarze

15 odpowiedzi na “Thaisty”

  1. cozerka pisze:

    Byłam tam kilkakrotnie i nigdy nie spotkało mnie taka sytuacji. Byliśmy i sami i w grupie a także z dzieckiem i zawsze wszystko odbywało się sprawnie. Fakt może byliśmy w miej obleganych godzinach, bo i stolików wolnych było sporo i obsłudze nie mieliśmy nic do zarzucenia.

  2. Vela pisze:

    Wydaje się bardzo fajny klimat w tym miejscu, wygląda ono na żywe – lubię takie miejsca. Jedynie ta obsługa niestety bardzo na minus…

  3. W lokalu nie byłam, ale jadłam ich curry z tofu nad Wisłą i było pycha!

  4. UPICHCONA pisze:

    Obsługa jest bardzo ważna, kiedyś miałam podobnie we włoskiej restauracji we Wrocławiu, zraziłam się do lokalu.
    50 minut to duża przesada. Dobrze, że chociaż smakowało

  5. M. pisze:

    Kurcze, a ja jestem BARDZO zawiedziona ich pad thaiem, nastawiałam się na coś wow, na coś, co mi przyniesie poznańską Ruinę i Raj do Warszawy, ale niestety… Choć dobre, to jednak nie takie, jak oczekiwałam.
    Odwiedziliśmy z lubym Thaisty już sporo razy i oprócz nieidealnego Pad Thaia, który nie zachwycił, zawsze wychodzimy zadowoleni. Uwielbiam ich curry.
    Też kiedyś czekaliśmy bardzo długo, bo kuchnia zgubiła zamówienie.
    A kelnerzy chyba niestety mają w zwyczaju nie informować o co dokładnie chodzi i co się stało. Byłam świadkiem, gdy przy sąsiednim stoliku ktoś dostał inny rodzaj mięsa w daniu, które zamówił. I to nie dlatego, że się pomyliło, tylko z powodu braku owego i nikt tego pana nie uprzedził, że dostanie inne…

    • Madame Edith pisze:

      M.,
      o popatrz! Może w takim razie miałam szczęście co do tego dania? Bo przecież wiadomo, że w kuchni pracuje kilku kucharzy i nie każdy robi to samo danie identycznie. A co do curry, to widać, że jest warte spróbowania, bo i Agnieszka wyżej je polecała.
      Dzięki za komentarz!
      Z pozdrowieniami
      E.

  6. potrawy na zdjęciach wyglądają bardzo zachęcająco i przyznaję, że choć uwielbiam tajską kuchnię, to niełatwo znaleźć lokal, w którym będzie smakowała równie dobrze, jak wygląda. jak widać po Twojej opinii, niestety samo jedzenie to nie wszystko, to właśnie z obsługą mamy bezpośredni kontakt i często to właśnie ona decyduje o naszym zdaniu na temat miejsca.

    • Madame Edith pisze:

      Zdecydowanie! Często też ta sama obsługa może sprawić, że przeciętne jedzenie nam bardzo posmakuje. Dobry serwis to klucz do sukcesu.

  7. Anonimowy pisze:

    Och, Thaisty! Uwielbiam ich sposób podejścia do tajskiej kuchni, ciut niekonwencjonalny. Wszystko co jadłam było pyszne. Byłam tam z Lubym kilkukrotnie, on tak jak ja uważa, że serwują tam najlepsze tajskie jedzenie w Warszawie.
    Jednak rzeczywiście obsługa nie zawsze jest ok. Ostatnio zabrałam tam znajomą i w kwestii herbaty zostałyśmy podobnie potraktowane. Fakt, w karcie owa duża szklanka już się znalazła (od wtorku mają nową kartę z nowymi pozycjami :)), ale kiedy zamówiłyśmy herbatę, kelner nie zapytał czy dużą czy małą, tylko przyniósł z marszu duże. Nie wspomnę już, że rozmawiałyśmy przy nim, że napiłybyśmy się herbaty i czy może polecić jakąś dobrą, tajską. Miałyśmy na myśli coś na ciepło… dostałyśmy na zimno. Ale nie będę generalizować jakości obsługi, bo pamiętam, że raz trafiła nam się bardzooo miła i kontaktowa kelnerka. Miała też dużą wiedzę na temat dań i pozytywne nastawienie do nas.
    Na jedzenie raczej długo nigdy nie czekaliśmy, może raz się zdarzyło, ale było wtedy bardzo dużo ludzi. Warto wcześniej zarezerwować stolik i zaznaczyć, żeby nie był to mały stolik w przejściu. Pamiętam, jak raz dostaliśmy stolik dla dwóch osób, ten okrągły pod lustrami. Ze względu że mieścił się w przejściu do następnych stolików, kelnerka nosząca gościom dania, co chwilę szturchała moje krzesło. Grrrr.
    Z wszystkich dań, jakie jadłam, tylko dwa mają minusy. Tiramisu – za smak – bez rewelacji, nic oryginalnego. I Pak Choi – samo w sobie boskie, jednak za 19zł dostałam kilka liści tej kapusty zalanych sosem i to było wszystko. A nie jest to wpisane w przystawki. Zaproponowałam, żeby dodali do tego jakąś bułeczkę na parze – mają wziąć to pod uwagę.
    Reszta dań – pho bun, kalmar nadziewany wieprzowiną, golonka, gai sate, zupa z kaczki – PRZEPYSZNE.
    Polecam zupę z kaczki, jest rewelacyjna i pożywna ?
    Na szczęście pozytywnych stron jest dużo więcej niż tych złych, a jedzenie obłędne, dlatego będę tam wracać. No i weszła nowa karta, którą trzeba przetestować. ?
    Pozdrawiam,
    Gabi
    P.S. W końcu muszę odwiedzić też Der Elefant! Za długo się już zbieram.

  8. Olka pisze:

    O jak dobrze, że przeczytałam Twojego posta! Raz w tygodniu jestem na zajęciach niedaleko i przechodząc tak często koło tej knajpki miałam ochotę tam wejść, teraz chyba po prostu tego nie zrobię.

  9. ptasia pisze:

    Hm, miałam ochotę się wybrać, ale wyhamowałam ;), natomiast re: deser – to nie mógł być po prostu tzw. czarny lepki ryż?http://www.thaifoodandtravel.com/ingredients/bstickyr.html On nie jest koloryzowany. Jak byłam w Tajlandii w szkółce gotowania, robiłam z niego deser.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza


Moja ocena [1]:
Rodzaj kuchni:
Przedział‚ cenowy:
, Warszawa
Zobacz na Mapach Google
@MadameEdith on Instagram