Restauracja Wandal – czy artystyczny chaos smakuje dobrze?

Warszawska scena gastronomiczna nieustannie pulsuje nowościami. Lokale otwierają się i zamykają w takim tempie, że czasem trudno nadążyć. Jak jednak wiecie, może nie chodzimy do restauracji tak często jak wcześniej, to nie odpuszczamy, szczególnie gdy nazwa miejsca budzi tak skrajne emocje. „Wandal” – przyznacie, że brzmi intrygująco. Czy to zapowiedź kulinarnej anarchii, dekonstrukcji znanych smaków i artystycznego nieładu na talerzu? A może jedynie sprytny marketing, obliczony na przyciągnięcie uwagi w miejskiej dżungli? Nie mogliśmy sobie odmówić i postanowiliśmy sprawdzić, czy Wandal faktycznie „niszczy system”, czy może tylko nasze oczekiwania. Zapraszam na recenzję miejsca, które z pewnością już mieszało na stołecznej mapie kulinarnej.
Pierwsze wrażenie: neony, beton i obietnica
Już od wejścia Wandal robi wrażenie. Jeśli spodziewacie się klasycznej elegancji i białych obrusów, to zdecydowanie nie ten adres. Wnętrze jest surowe, wręcz industrialne. Dominują tu beton, odsłonięte instalacje i sporo ciekawych żyrandoli-neonów. Całość przypomina trochę artystyczny squat albo nowoczesną galerię.
Musimy przyznać – jest w tym konsekwencja i odwaga. Czuje się tu miejski, dynamiczny klimat. Znaleźliśmy nasz stolik i z zaciekawieniem zanurzyliśmy się w karcie, która również wydawała się obiecująca – kreatywne nazwy dań i nieoczywiste połączenia. Obsługa? Dość swobodna, może nawet nieco nonszalancka, co pewnie miało wpisywać się w ogólny, „wandalski” koncept. Byli obecni, ale bez nadmiernej atencji. Na złożenie zamówienia przyszło nam czekać dobry kwadrans.



Co Wandal ma na talerzu?
Karta jest zwarta, co zwykle dobrze rokuje. Skupia się na nowoczesnej kuchni polskiej z wyraźnymi autorskimi akcentami. Na początek zdecydowaliśmy się na przystawki. I tu spotkało nas pierwsze bardzo pozytywne zaskoczenie.


Śledź: I tu pierwsze wrażenie – bardzo poprawne. Ryba była dobrej jakości, klasycznie zamarynowana, podana z chrupiącym jabłkiem, olejem lnianym i rzepą, które dobrze z nią współgrały. Nie było to danie rewolucyjne, ale solidny, smaczny i bezpieczny start.

Pieczywo z solonym masłem i smarowidłem z kasztanów i słonecznika: I to był strzał w dziesiątkę! Właśnie na taki „wandalski” błysk liczyliśmy. Pieczywo było świeże i chrupiące, ale gwiazdą było tu smarowidło. Kremowe, z wyczuwalną słodyczą kasztana i chrupkością słonecznika – coś wspaniałego. To ten rodzaj startera, który sprawia, że zaczynacie z nadzieją czekać na więcej.

Niestety, przy daniach głównych entuzjazm nieco opadł. Po tak ciekawym początku, nasze oczekiwania co do dań głównych mocno wzrosły. Byliśmy gotowi na eksperymenty. Tymczasem do wyboru było 5 pozycji: kopytka, pyzy, jesiotr, ozór i schab. Zabrakło nam nieco lżejszych propozycji wśród dań głównych. Kopytka jedliśmy już tego dnia, więc dania mączne skreśliliśmy na wstępie. Po rybnej przystawce nie chcieliśmy jeść ponownie ryby, więc do wyboru został ozór i schab. Zdecydowaliśmy się na „śląskie niebo”: dużą porcję schabu z morelami, słonecznikiem i masłem (59 zł za 100 g), bo za podrobami nie przepadamy. Do tego dobraliśmy puree z żółtkiem oraz gotowanego kalafiora z orzechami.

Otrzymaliśmy talerz, który równie dobrze mógłby być podany w renomowanej, tradycyjnej polskiej restauracji (i mówimy to w pozytywnym sensie!). Dostaliśmy solidny, uczciwy kawał doskonale przygotowanego i już pokrojonego w plastry mięsa. Schab był ultra soczysty i bardzo delikatny, a towarzysząca mu okrasa ze słonecznika i moreli esencjonalna i głęboki w smaku. Było to bardzo przyjemne połączenie. Porcja ważyła blisko 300 g i była konkretna, w sam raz dla dwóch osób (wyniosła 147 zł).

To było po prostu bardzo smaczne, domowe, klasyczne danie. Podobnie dodatki – puree było aksamitne, wzbogacone żółtkiem (21 zł), a kalafior przyjemnie chrupiący dzięki orzechom włoskim (26 zł), choć jego ilość była śmiesznie mała. Mogłoby być go spokojnie ze trzy razy więcej.

I tu pojawia się nasze „ale”. Było to danie poprawne, ale… czy „wandalskie”? W lokalu o tak nowoczesnym, buntowniczym zacięciu, spodziewaliśmy się raczej dekonstrukcji tego schabu, jakiejś zabawy formą. Tymczasem dostaliśmy klasykę w dobrym wydaniu. Smaczne? Owszem. Zaskakujące? Niekoniecznie.
Po tak tradycyjnym daniu głównym, z niepewnością czekaliśmy na deser. Do wyboru byłą karpatka infuzowana grzybami z gruszką oraz sernik z pigwowcem i szafranem. Wybór padł na sernik z pigwowcem (32 zł).

I wiecie co? To było bardzo dobre zwieńczenie kolacji. Sernik miał idealną, kremową konsystencję, nie był ani za ciężki, ani za słodki. A dodatek pigwowca był bardzo udany – jego cierpka, aromatyczna kwasowość genialnie przełamywała tłustość sera. To deser udany, ale klasyczny, nie zaskoczył nas. Nie podobało mi się też podanie na metalowym talerzu. O ile w przypadku chleba z dodatkami metalowy półmisek nie stwarzał problemów, to w przypadku sernika widelec dotykający metalu wydawał bardzo nieprzyjemny dźwięk. Mam nadzieję, że obecna moda na metalowe naczynia odejdzie szybko w niepamięć, jak swego czasu moda na „talerze” z łupków.
Było poprawnie. Było smacznie. Ale zabrakło nam tego błysku, tego efektu „wow”, którego spodziewaliśmy się po tak mocnym koncepcie, który zbiera na mieście ochy i achy.


Podsumowanie: Czy warto zostać Wandalami?
Jak więc oceniamy naszą wizytę w Wandalu? To z pewnością nie jest miejsce, które można zignorować. Ma swój bardzo określony charakter i z pewnością znajdzie swoich amatorów. Wandal to restauracja sprzeczności. Z jednej strony naprawdę ciekawy, odważny design. Z drugiej – dania, które są po prostu… w porządku. Nie złe, broń Boże, ale też nie zapadające w pamięć na tyle, by chcieć po nie wracać.
Jeśli szukacie miejsca na dobre wino (mają bardzo fajną kartę z podanymi odległosciami od winnicy, co pozwala jeszcze bardziej świadomie wybierać trunki) i polską kuchnię z twistem w atmosferze berlińskiego „undergroundu” – prawdopodobnie będziecie zachwyceni. To też świetne miejsce na spotkanie ze znajomymi, którym chcecie pokazać „coś nowego”.
Jeśli jednak oczekujecie kulinarnej rewolucji na każdym etapie kolacji, możecie poczuć niedosyt. W naszym odczuciu Wandal to miejsce z potencjałem, które wciąż szuka idealnej równowagi między formą (która jest świetna), a treścią (na talerzu).
Czy wrócimy? Może za jakiś czas, ale raczej nieprędko. A jakie są Wasze doświadczenia z warszawskimi nowościami? Dajcie znać w komentarzach!
Po więcej recenzji restauracji zapraszam do odrębnej sekcji: RECENZJE RESTAURACJI.
Do przeczytania!
E.


Podobne wpisy
Komentarze
Przedział cenowy: do 100 PLN





Dodaj komentarz