Warszawski Tygrys – najgorętsze otwarcie wiosny w Warszawie

Dzisiaj zabieram Was w kulinarną podróż do samego serca Warszawy. Jeśli śledzicie moje wpisy, wiecie, że Plac Konstytucji to miejsce, które nieustannie się zmienia, a tamtejsza gastronomia ma swoje wzloty i upadki. Na początku tygodnia, niedaleko Madonny i dokładnie pomiędzy popularnym Orzo (dawniej Aioli) i zawsze obleganego Manekina, otworzył się nowy koncept – Warszawski Tygrys. Nie mogłam przejść obok tej premiery obojętnie. Czy to miejsce ma szansę stać się nowym punktem na mapie najgorętszych warszawskich lokali? Przekonajcie się sami.


Wnętrze, które ma duszę
Zacznijmy od tego, co uderza od samego progu – designu. Muszę Wam przyznać, że wnętrze Warszawskiego Tygrysa zachwyca i jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. To, co szczególnie mnie urzekło, to szacunek do historii tego miejsca. Właścicielom udało się zachować wiele pierwotnych elementów architektury, co nadaje lokalowi unikalny, nieco nostalgiczny, a zarazem nowoczesny charakter.
Osobiście mam szczególny stosunek do budynku, w którym mieszczą się wszystkie wspomniane lokale, bo dokładnie nad Tygrysem mieszkał kiedyś mój kolega. Bywałam w tej kamienicy i miałam okazję poznać ją z nieco innej strony (są tam gigantyczne, bardzo wysokie mieszkania, jak i ultra widna, niewyobrażalnie przestronna klatka schodowa). Ale wróćmy do metritum.


Karta dań jest krótka, co zawsze poczytuję za ogromny atut. Znajdziecie w niej polskie smaki, które w odważny sposób przeplatają się z azjatyckimi składnikami i aromatami. Niestety nie ma zbyt wielu dań roślinnych. W większości występuje mięso. Ale co ciekawe, niektóre pozycje zmieniają się z dnia na dzień, więc przy każdej wizycie możecie trafić na coś zupełnie nowego (przynajmniej tak powiedział nam jeden z kelnerów). Miłym akcentem, o którym warto wspomnieć, jest woda podawana gratis – to standard, który wciąż zbyt rzadko gości w warszawskich restauracjach, a u Tygrysa macie to zapewnione.


Kulinarne wzloty i… jedna twarda przeszkoda
Razem z Lorentyną postanowiłyśmy sprawdzić kilka pozycji, które najlepiej oddają charakter tej kuchni fusion.
Na przystawkę wybrałyśmy azjatycką mizerię (19 zł). Była bardzo smaczna i, co ciekawe, lekko pikantna – to świetne przełamanie klasyki, które z pewnością polubicie, jeśli szukacie odświeżenia znanych smaków. Kolejnym strzałem w dziesiątkę okazała się pasta z bobu serwowana z listkującymi naleśnikami (32 zł). To super smaczna propozycja, w której znajdziecie zarówno elementy chrupiące, jak i te ostrzejsze. Smaki są fantastycznie urozmaicone. A dodatek tempehu był bardzo na plus.


Niestety, przy bao z kurczakiem (49 zł) nasze zachwyty nieco ostygły. O ile sałatka, sos i sama bułeczka były pyszne, a mięso w środku mięciutkie, o tyle panierka okazała się ogromnym rozczarowaniem. Była twarda jak podeszwa – dosłownie nie dało się jej pogryźć ani nawet pokroić nożem. Mamy nadzieję, że to jedynie błędy „wieku dziecięcego” restauracji i kuchnia szybko dopracuje ten element. Pampuch jest też małych rozmiarów jak na danie główne. Myślę, że dla mężczyzny jedna sztuka to nic!


Na osłodę zamówiłyśmy W-Z z sosem wiśniowym i czekoladą (32 zł). I to był absolutny majstersztyk! Przepyszny deser, wspaniałe, wilgotne ciasto i doskonały, głęboki w smaku sos, jak i nieprzesłodzony sos czekoladowy. Jeśli będziecie w Tygrysie, koniecznie zostawcie sobie na nią miejsce. Intrygująco brzmiała też rurka z kremem z lodami mango, jak również miodownik. Jednak te desery zostawiam sobie na kolejną wizytę za jakiś czas.


Podsumowanie
Warszawski Tygrys to miejsce z ogromnym potencjałem i przepięknym wnętrzem, które idealnie wpisuje się w klimat Placu Konstytucji. Kuchnia fusion łącząca Polskę z Azją brzmi intrygująco i w większości przypadków smakuje wybornie.
Muszę jednak wspomnieć o jednym minusie, który zostawił pewien niesmak na koniec wizyty – brak paragonu fiskalnego. Dostałyśmy jedynie wydruk kelnerski, co w profesjonalnym lokalu nie powinno mieć miejsca.
Dodatkowo, muszę Was uprzedzić, że do każdego rachunku doliczane jest 12,5% napiwku (opłaty serwisowej). To standardowa stawka w lokalach „z wyższej półki”. Choć osobiście uważam, że opłata za serwis powinna być dobrowolna, a nie obligatoryjna i to nawet od jednoosobowego stolika (poza grupami np. od 4 osób wzwyż, bo wtedy wiadomo, że kelner ma dużo pracy).
Mimo kilku wpadek mam zamiar tu wrócić choć jeszcze jeden raz na kaczkę po warszawsku i miodownika.
Do przeczytania!
E.


Podobne wpisy
Komentarze
2 odpowiedzi do “Warszawski Tygrys – najgorętsze otwarcie wiosny w Warszawie”
Dodaj komentarz
Przedział cenowy: 20-100 zł za danie





Wg mnie jedzenie jest smaczne, ale porcje są niewielkie i nieproporcjonalnie drogie do smaku jaki oferują. Za tę cenę oczekiwałabym czegoś co mnie zaskoczy, okoń był smaczny, ale oczekiwałam nieco więcej.
To prawda, porsche do dużych zdecydowanie nie należą. Koncept ralerzykowy za spore pieniądze. A od talerzyków wszyscy odchodzą, bo się przejadły i są po prostu drogie.