Moja ciąża – trymestr po trymestrze

9 stycznia 2018

moja ciąża

Ciąża była jednym z najbardziej fascynujących doświadczeń w moim życiu. Powiem Wam szczerze: o ile zawsze wydawało mi się, że 9 miesięcy to niesłychanie długo, tak w ciąży czas leciał mi na tyle szybko, że ledwo się spostrzegłam i byłam na porodówce. Zupełnie poważnie: jak dla mnie ten magiczny stan mógłby trwać niemalże tyle co u słonia, czyli 21 miesięcy. Może wtedy miałabym czas, by się tym czasem jakoś w pełni nacieszyć i nasycić? A teraz pozostało mi tylko miłe wspomnienie i lekki żal, że jakoś ten czas zbyt szybko przeleciał.

Moja ciąża – pierwszy trymestr

Pierwszy trymestr ciąży upłynął mi w oka mgnieniu. W zasadzie gdyby nie kilka niedogodności, to zupełnie nie zauważyłabym, że jestem w ciąży. To co mnie najbardziej zaskoczyło to fakt, że od samego początku moja ciąża nie należała do książkowych. Praktycznie zero mdłości, żadnych wymiotów, żadnych zachcianek czy wahań nastrojów. Z początku było więc całkiem nieźle, ale niestety nie wszystko okazało się tak bezproblemowe.

Pod koniec trymestru pojawiły się bardzo nieprzyjemne kołatania serca spowodowane problemami z tarczycą. Do tego doszły koszmarne wzdęcia i zaparcia na skutek wzrostu poziomu progesteronu, który bardzo mocno spowalnia perystaltykę jelit. To nie było przyjemne i w pewnym momencie niemalże z dnia na dzień przybyło mi 3 kg, by po uporaniu się z problemem ubyło mi 5 kg. To było naprawdę dziwne. W tym początkowym okresie, gdy problem się zaostrzył czułam się jakbym była w piątym, może nawet szóstym miesiącu. Dosłownie: myślałam, że pęknę. Nosiłam spodnie na gumce i cała czułam się obolała. Miałam wrażenie, że ktoś mi poturbował narządy wewnętrzne: bolały mnie jelita, jak i żołądek. Czułam się naprawdę źle. Szczerze mówiąc nigdy w życiu nie miałam tego typu problemów. I to mnie zaskoczyło, bo o ile mdłości i wymioty są tematem totalnie oklepanym w kontekście ciąży, to o zaparciach i wzdęciach słyszałam tylko od jednej osoby. I tu właśnie zonk. Bo spodziewałam się różnych rzeczy, ale tego zupełnie nie. A już z pewnością nie takiej intensywności.

Jedzeniowych zachcianek w zasadzie nie miałam. Nie ganiałam Monsieur po lody, a po chwili po słoik ogórków kiszonych. Pojawił się za to apetyt na nieograniczone wręcz ilości owoców cytrusowych, marakuję, kwaśne śliwki i kiwi. Z drugiej strony zupełnie nie ciągnęło mnie do słodyczy. Czekolada przestała dla mnie zupełnie istnieć, choć nigdy nie jadam jej w dużych czy nawet średnich ilościach. Za to jeszcze bardziej polubiłam kwaśne żelki. Nie miałam chęci na kawę i piłam ją w porywach raz na tydzień lub dwa tygodnie (wcześniej piłam średnio dwie dziennie). Nie sprawiało mi to jednak przyjemności jak kiedyś i często nie wypijałam nawet połowy filiżanki. Chętnie sięgałam za to po słabą zieloną herbatę, którą odkryłam jakby na nowo. W ciąży dostrzegałam w jej smaku więcej niuansów.

Straciłam zainteresowanie deserami i pieczeniem czegokolwiek. Jedyne co mnie interesowało to lody, ale też w ilościach raczej ograniczonych, bo mój pierwszy trymestr przypadł na przełom zimy i wiosny, więc raczej chłodniejsze miesiące roku.

To, co mi smakowało najbardziej, to dania kuchni azjatyckiej na bazie dużej ilości warzyw i mięsa oraz ostrych przypraw. Gotowałam głównie kurczaka zagrodowego i łososia z Alaski, bo najbardziej mi pasował, choć też nie częściej niż raz w tygodniu. Mniej przemawiało do mnie mięso czerwone, choć kilka razy uskuteczniałam dania z wołowiną, ale z gorszym skutkiem. Moja granica pikantności przesunęła się hen, hen daleko. Monsieur śmiał się, że jeszcze kilka miesięcy temu nie zjadłabym żadnej z potraw, jakie sama zaczęłam gotować, bo uznałabym je za totalnie ostre i wręcz niejadalne. A teraz je zajadałam i uszy mi się trzęsły, choć nos i oczy szybko robiły się wilgotne od pikantnego smaku.

Pierwszy trymestr wspominam ogólnie dobrze. Poza wspomnianymi zaparciami, zawrotami głowy, kołataniem serca i problemami z tarczycą praktycznie na nic więcej nie mogłam się uskarżać. Aaa, no może poza tym, że nagle byłam non stop zmęczona. Zamiast spać 7h na dobę, na sen musiałam przeznaczać przynajmniej 11h! Uwierzycie, że tyle doby mi nagle uciekło?! Po prostu potrzebowałam tego snu, jak niczego innego. Ucinałam sobie popołudniowe drzemki, a innym razem spałam od 21 do 7 rano, oczywiście z przerwą na toaletę, która stała się nieodzownym miejscem do odwiedzenia każdej nocy.

Bardzo denerwowały mnie też niektóre zapachy, jak np. żelu do kąpieli Monsieur (z którego nomen omen wcześniej samej zdarzało mi się skorzystać, jeśli mój się akurat skończył) czy dym papierosowy. Wszystkich palaczy spotykanych na ulicy miałam ochotę wysłać w kosmos, bo zatruwali moje środowisko i otoczenie Małego Monsieur. Dym przeszkadzał mi jak nigdy. Za to w kwestii ulubionych perfum nic się nie zmieniło.

I co ciekawe, już na początku ciąży zmieniła mi się wada wzroku. Z -3,75 dioptrii zeszłam na -3,25, za to optometrysta dołożył mi cylindry w obu szkłach. Niby niewielka różnica, a dla mnie zmieniło się tak wiele! W pewnym momencie już wszystko zaczęło mi się rozmazywać, zwłaszcza wieczorami, po całym dniu siedzenia w pracy przed komputerem. Razem ze szkłami zmieniłam oprawki, bo poprzednie miałam już 2 lata, więc stwierdziłam, że czas na taki ruch i odświeżenie wizerunku, tak przy okazji.

Moja ciąża – drugi trymestr

Apetyt miałam zdecydowanie mniejszy niż przed ciążą. Zaczęłam wręcz zliczać co jem i ewidentnie nie jadłam tle, ile wcześniej, co mnie trochę martwiło. Lekarz pocieszał, że to przejdzie i że apetyt powinien wrócić w drugim trymestrze. Tak się jednak nie stało i jak nie chciało mi się specjalnie jeść przez początkowe trzy miesiące, tak wcale nie zachciało mi się nagle jeść od 13-14 tygodnia. W rezultacie moja waga w 20 tygodniu nadal była na lekkim minusie, a w porywach wychodziłam na zero w stosunku do wagi sprzed ciąży. Na początku drugiego trymestru uporałam się jednak z zaparciami i wzdęciem. Od razu poczułam się lepiej!

W drugim trymestrze nieco zmienił mi się smak. Od ok. 14 tygodnia znowu zaczęłam pić kawę. Co prawda niezbyt często i nie tak regularnie jak przed, bo średnio tylko 2-3 w tygodniu, tak mniej więcej co drugi-trzeci dzień filiżankę cappuccino do śniadania, ale znów zaczęła mi smakować. Przestałam też jeść często tak ostro. Za to pojawiła się ochota na pizzę, sos BBQ i burgery. Raz w tygodniu miałam życzenie, by pojechać na pizzę na obiad lub kolację. Dzięki temu objechaliśmy wszystkie najlepsze pizzerie w Warszawie.

Ciąża to zupełnie niesamowity czas w moim życiu. Naprawdę wiele rzeczy mnie zaskoczyło. Zwłaszcza to, że Mały Monsieur zaczął baraszkować w moim brzuchu już około 17-18 tygodnia. Poczułam go zatem relatywnie wcześnie jak na pierwszą ciążę, bo ponoć w pierwszej ciąży dziecko często czuć dopiero koło 20 tygodnia. Stawał się bardzo ruchliwy zwłaszcza wieczorami i do pół godziny po jedzeniu. Płatał figle także podczas badań USG. Gdy lekarz chciał obejrzeć jego buzię on się zasłaniał rączkami. A gdy chcieliśmy poznać jego płeć w 12 tygodniu jak na komendę „usiadł” po turecku i za nic w świecie nie chciał pokazać co ma między nogami. Dopiero podczas badania połówkowego okazało się, że to na 100% chłopak!

Nie czekaliśmy na dziewczynkę czy na chłopca. Cieszylibyśmy się z dowolnej płci, więc w tym aspekcie nie mieliśmy żadnych oczekiwań, ani życzeń. Prawdę mówiąc Monsieur trochę bardziej wolał syna, bo stwierdził, że o córkę bardzo by się bał, a chłopak, to jednak chłopak i będzie „łatwiejszy w obsłudze”. Czy tak będzie, przekonamy się z czasem 😉

Większość moich koleżanek na wieść o ciąży od razu, instynktownie dotykała brzucha chcąc pomacać i zobaczyć czy „coś tam się dzieje”. Było to bardzo śmieszne, bo oczywiście na tym etapie praktycznie tylko sama mogłam wyczuć ruchy Małego Monsieur. Nawet Monsieur ilekroć kładł ręce na brzuchu, nie był w stanie praktycznie nic poczuć. MM po prostu nagle się uspokajał gdy czuł dotyk taty i tylko przy mnie wariował ile wlezie.

Pamiętam, jak MM zaczął mnie budzić o 1 w nocy lub o 4:30 nad ranem i przewracał się w brzuchu, lekko mnie kopał i wywijał koziołki. Za nic w świecie nie chciał mnie słuchać, że jest środek nocy i że powinniśmy oboje spać. Nie raz i nie dwa zarwałam przez niego nockę, gdy był jeszcze po tamtej stronie brzucha. Koło 22 tygodnia jego tryb życia stał się bardziej unormowany. Ruszał się koło północy, a potem budził mnie z zegarkiem w ręku punktualnie o szóstej. To było niesamowite!

W drugim trymestrze lubiłam smaki dymne, od ok. 20 tygodnia wrócił mi apetyt na słodkie i jak w pierwszym trymestrze na słodycze nie mogłam się patrzeć, to w drugim trymestrze powoli zaczynałam je jeść, ale oczywiście w ograniczonym zakresie. Miałam wrażenie, że Mały Monsieur bardzo lubi słodycze, bo stawał się przyjemnie aktywny po kawałku domowego ciasta. Nie kupowałam ciast w cukierni, by nie były zbyt słodkie. Piekłam sama, więc wiedziałam ile dałam cukru i innych składników.

Niestety koło 22 tygodnia jak bumerang wróciły zaparcia. I to były ponownie ciężkie chwile. Wypijałam dzień po dniu wskazaną dawkę laktulozy (to taki paskudnie słodki syrop, który pomaga w zaparciach i jest dozwolony w ciąży), po kilku dniach ubywało pół butelki, a ja nadal nie odwiedziłam toalety. To był dramat. Czułam się przez to cała obolała i jakbym miała zaraz pęknąć. W zasadzie brzuch rósł mi od niewydalonych resztek jedzenia, a nie od tego, że Mały Monsieur się rozwijał i zwiększał masę. Ta sytuacja trwała niestety prawie do samego końca ciąży i tę dolegliwość wspominam najgorzej spośród wszystkich ciążowych bolączek. Najlepszym lekiem na zaparcia w II trymestrze okazała się kawa, bo luteina polecona przez lekarza bardzo średnio mi pomagała.

Drugi trymestr to też okres cieplejszych dni i puchnięcia nóg. Często zakładałam podkolanówki anty-żylakowe, by stopy mi nie puchły i żyły się nie rozszerzały. Nie było to wygodne, bo podkolanówki takie są super grube, trudno je założyć i jeszcze trudniej zdjąć, ale nie było lepszego wyjścia.

W II trymestrze nadal lubiłam jeść ostre rzeczy, choć już nie tak często jak w pierwszych trzech miesiącach. Raz poszliśmy do naszej ulubionej pizzerii Ciao a Turri Due i zamówiliśmy dwie ich najostrzejsze pozycje z menu. Dodatkowo polaliśmy je ostrą oliwą z chili. Kelnerka zabierając nasze puste talerze powiedziała: „Szanuję państwa, bo zamówiliście i zjedliście w całości nasze najostrzejsze pizza, a niewielu osobom to się udaje i często zostawiają na talerzu niektóre składniki” 😉

Podobnie było w Thaisty. Zamówiłam Pad Thai’a, a kelnerka uprzedzała, że chili leżące na talerzu z boku jest piekielnie ostre. Zjadłam całe i jeszcze całość „dobawiłam” ostrym sosem. Tak, zdecydowanie w ciąży miałam swoiste zachcianki. Ale nie jadłam ciastek i nie zagryzałam ich ogórkiem kiszonym. Powiem Wam więcej: z ogórków w grę wchodziły tylko korniszony. Dwa razy zrobiłam małosolne i zjadłam może po jednym, bo mi jakoś nie pasowały. Podobnie jak kiszone – były dla mnie zbyt słone i starałam się unikać słonych rzeczy.

Moja ciąża – trzeci trymestr

Koło 26 tygodnia Mały Monsieur stał się znowu bardziej aktywny i budził się około 4-4:30. Ja z kolei wstawałam punktualnie o 2 nad ranem, by skorzystać z toalety. Noce miałam więc zarwane, a rano ratowałam się kawą, bo inaczej byłabym nieprzytomna do południa.

Na początku trzeciego trymestru po raz kolejny poszłam na przegląd stomatologiczny (pierwszy zaliczyłam tuż przed ciążą, a drugi w III miesiącu) i do gabinetu higieny na piaskowanie i manualne zdjęcie kamienia (scaling jest w ciąży niewskazany i robiłam go tuż przed ciążą, podobnie jak pierwszy przegląd). Nie miałam problemów z dziąsłami, krwawieniem z nich czy podobnymi dolegliwościami. Myłam zęby często, regularnie używałam nitki. Higiena jamy ustnej jakoś bardzo nie zmieniła się w moim przypadku w porównaniu do okresu sprzed ciąży, bo jednak stare nawyki po noszeniu aparatu ortodontycznego przez kilka lat zrobiły swoje i pewne rzeczy miałam we krwi.

W 28 tygodniu odbyliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Wybraliśmy ją w wersji weekendowej (2 x 6h zegarowych). Był to dobry wybór, bo wiedza została przedstawiona kompleksowo i wyszliśmy z pakietem konkretnych informacji o przebiegu porodu, opieki nad noworodkiem, wyprawki, karmienia, pielęgnacji i rehabilitacji poporodowej. Monsieur bardzo przejmował się moją ciążą i „odmiennym stanem”. Starał się jak mógł. Był przy tym bardzo empatyczny i gdy podczas zajęć położna omawiała różne rodzaje porodów, to mówił, że go wtedy wszystko bolało! Zresztą gdy w 25 tygodniu przyszedł czas na testu na tolerancję glukozy, to sam pojechał ze mną i był na czczo tak długo jak ja. Pił tylko wodę – to nawet ja byłam w lepszej sytuacji, bo dostałam do wypicia duszkiem szklankę glukozy 😉

W trzecim trymestrze moim ulubionym przysmakiem były burgery. O ile pierwszy i drugi trymestr należały do pizzy, tak w trzecim trymestrze przepadałam za wołowiną. Raz na dwa tygodnie wstępowałam do nieodległej burgerowni z cheeseburgera z sosem barbeque. Mało rzeczy mi tak smakowało jak ta kanapka z wołowiną. I co zabawne: przed ciążą jadłam tam w sumie może dwa lub trzy razy i ich kanapki jakoś mi nie do końca pasowały, a w trzecim trymestrze to był mój przysmak. Nigdy bym nie powiedziała, że tak właśnie będzie.

Nie jadłam też tak ostro jak na początku, za to miałam niepohamowany apetyt na słodkie i czekoladę. To pewnie po części tego, że miałam w tym czasie mocną anemię i zaczęłam przyjmować duże dawki żelaza. Organizm pewnie sam dopominał się jego dodatkowej porcji zawartej w czekoladzie czy mięsie. W całym swoim życiu nie zjadłam tyle czekolady, co w trzecim trymestrze ciąży. To bardziej niż pewne. Po porodzie apetyt na czekoladę utrzymywał się jeszcze przez mniej więcej trzy-cztery tygodnie, a potem wszystko wróciło do normy wraz w wynikami krwi.

Fajne było to, że przez całą ciążę nie przytyłam za dużo, bo w sumie ok. 10 kg, więc nie musiałam kupować nowej garderoby tylko na ten okres. Wystarczyło zakładać casualowe spodnie i nieco bardziej luźne koszulki, których i tak w szafie mi nie brakowało, bo lubię wygodę. Do końca 5 miesiąca nikt ze spotkanych przeze mnie znajomych i przyjaciół nie odgadł, że jestem w stanie błogosławionym. Nawet w 7 miesiącu niektórzy nie zauważali żadnej zmiany, a jedna koleżanka nie zorientowała się nawet w 9 miesiącu! Dopiero gdy sama ich informowałam, to nagle zaczynali mi się uważniej przyglądać, bo brzuszek był okazały tylko z boku, a od przodu wcale go nie było widać.

Generalnie swoją ciążę wspominam bardzo dobrze. Nie miałam problemów z kręgosłupem, nic mnie nie bolało podczas spania i bez problemu wstawałam z łóżka nawet w 9. miesiącu. Do samego końca byłam w miarę aktywna: byłam w stanie coś ugotować, zrobić małe zakupy czy pójść na spacer. Nie czułam, by stan błogosławiony w jakiś szczególny sposób mnie ograniczał. Jedynym ograniczeniem były podróże, zwłaszcza te samolotowe. Do Gdańska czy Wrocławia pojechałam pociągami, bo było to najwygodniejsze rozwiązanie, a na Warmię jeździliśmy autem, co z postojem w trasie też nie było nader męczące. Życzyłabym wszystkim podobnych wrażeń po ciąży, bo czego się nasłuchałam o ciąży jeszcze przed ciążą, to tylko moje! Ale o tym może napiszę przy innej okazji.

Do przeczytania!

E.

moja ciąża

Podobne wpisy

Komentarze

10 odpowiedzi na “Moja ciąża – trymestr po trymestrze”

  1. Aga napisał(a):

    Gdzie rodzilas?ktory szpital i dlaczego?

    • Madame Edith napisał(a):

      Aga,
      wybrałam oczywiście szpital w Warszawie. Zdecydowałam się na ten, który polecił mi lekarz prowadzący moją ciążę i w którym robiłam część badań. Nie chcę pisać który konkretnie wybrałam, by nikomu nic nie sugerować. Wybór szpitala to bardzo indywidualna i poważna kwestia. To, że w moim przypadku wszystko poszło nawet lepiej, niż się spodziewałam, nie znaczy przecież, że w każdym innym przypadku byłoby podobnie i każdy byłby równie zadowolony. Uważam, że wybór szpitala do porodu to jedna z najpoważniejszych decyzji w życiu i trzeba ją dobrze przemyśleć. Najlepiej pochodzić po porodówkach, samemu je porównać i zobaczyć na własne oczy, by dokładnie wiedzieć czym dysponuje dany oddział i jakie ma zaplecze.

      Serdecznie pozdrawiam
      E.

  2. Mum in spe napisał(a):

    Masz jakieś cenne rady na te wzdecia:(? Ja juz trace nadzieje, ze da się coś z tym zrobić. Jestem na początku 5m-ca a wieczorami brzuch prawie jak do porodu 🙁

    • Madame Edith napisał(a):

      Na początku oczywiście wyeliminowałam wszelkie wzdymające składniki z menu. To niestety i tak nie za bardzo skutkowało, więc lekarz polecił mi brać espumisan, bo jest wydalany z organizmu w niezmienionej postaci.

  3. Malina napisał(a):

    Bardzo ciekawy post. Aktualnie jestem w 28tc i wzdęcia oraz zaporcia to był mój największy problem 1 i 2 trymestru. Nadal się pojawiają ale rzadziej. I tak od 15tc wrócił też apetyt..w lato jadłam tylko drożdżówki i jagodzianki. Mdłości były straszne, ale drożdżówki nie pomagały na zaparcia. I co ciekawe też poczułam ruchy bardzo szybko Bo w 17 tygodniu. Pozdrawiam!

    • Madame Edith napisał(a):

      Malino,
      mam nadzieję, że wzdęcia czy zaparcia nie będą Ci dokuczały jużw trzecim trymestrze. Mi niestety do samiutkiego końca, ale na szczęście kawa (także ta bezkofeinowa) i espumisan przynosiły ulgę. Powodzenia!

  4. Dorota napisał(a):

    Witam,

    Wygladasz slicznie na zdjeciu z wiankiem na glowie.
    Ciaza kobieta pasuje, wygladaja bardzo dostojnie i pewnie siebie.
    Zycze wszystkiego dobrego, zdrowia i radosci na nadchodzace miesiace i dluzej.

  5. Barbara napisał(a):

    Cześć
    Bardzo ciekawy blog, przyjemnie się czyta 🙂 Ja też zawsze w ciąży miałam problem z zaparciami, w końcu pomogły mi śliwki suszone zalane wrzątkiem, piłam to na czczo następnego dnia (śliwki też się zjada). Polecam

    • Madame Edith napisał(a):

      Barbaro,
      wow! Ciekawy pomysł! Nigdy się z takim nie spotkałam. Sama jadłam dużo suszonych moreli (tych ciemnych bez siarczynów) i świeżych śliwek. Niestety raz działałby, a raz nie. W ciąży niestety nie zawsze wszystkie klasyczne rozwiązania się sprawdzają 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Moja ciąża – trymestr po trymestrze


Ciąża była jednym z najbardziej fascynujących doświadczeń w moim życiu. Powiem Wam szczerze: o ile zawsze wydawało mi się, że 9 miesięcy to [...]
@MadameEdith on Instagram