Vietnamka – dobra zupa Phở nie jest zła

22 listopada 2017

Raptem kila dni temu pisałam o Koreance, a tu dziś pojawia się Vietnamka! Pewnie macie lekkie déjà vu, ale spokojnie: to inny lokal i serwujący, jak się nietrudno domyślać, inną kuchnię niż koreańska. Oba miejsca łączy lokalizacja w bezpośrednim sąsiedztwie Hali Koszyki, a także osoba właścicielki – Linh Nguyen, którą możecie kojarzyć z To To Pho oraz Shabu Shabu.

Vietnamka miała słaby start. W pierwszy weekend czas oczekiwania na praktycznie jakiekolwiek danie z karty wynosił ok. 1 godziny. To naprawdę dużo. A lokal jest mały i nie jest tak, że gości są setki. W zasadzie miejsca jest dla ok. 24 osób i to tyle, a nie wszystkie miejsca i tak były zajęte. Stoliki są malutkie, piwniczne wnętrze jest ciasne i nieduże. A na jedzenie trzeba czekać…

vietnamka

A przecież większość dań powinna być zrobiona znacznie wcześniej, bo ani bulionu nie gotuje się przy gościach, ani nie robi się przy nich szarpanej wołowiny czy nie marynuje się wołowiny. Chyba że się mylę? Obsługa nie ogarnęła otwarcia i to w sumie dziwne, skoro Linh otwierała już wcześniej trzy inne lokale. Nie można więc tego zwalić na karb niedoświadczenia.

Menu też nie jest długie. Mieści się na jednej stronie. Koło godziny 16 (lokal otwiera się teoretycznie o 12) nie było już części dań np. koźliny, do naszego phở zabrakło też kości ze szpikiem, a i jedyny (poza kawą z jajkiem) deser „wyszedł”. Dodam, że według informacji na Fb tego dnia Vietnamka otworzyła się z lekkim poślizgiem, bo pisali o tym klienci, którzy po godzinie 12 „pocałowali klamkę”.

No dobra, nie będę się dłużej pastwić nad miejscem, które przez pewien tylko czas działało w formule pre-openingu i ledwo co zdążyło się otworzyć. Na szczęście przy naszej kolejnej wizycie było już znacznie lepiej i zdążyliśmy zjeść dwie przystawki i dwa dania główne w niecałą godzinę, ale to być może dlatego, że przyszliśmy tu parę minut po 12 i zajęliśmy drugi stolik tego dnia. Przejdę zatem do menu, które na szczęście będzie jasną stroną tej opowieści.

Za pierwszym razem do picia zamówiliśmy herbatę imbirową (dostaliśmy ją na ciepło, choć zwykle jest serwowana na zimno, bo obsługa poinformowała nas, że skończył się lód…) oraz lemoniadę marakujową (obie po 15 zł za duży kufel).

Podczas drugiej wizyty w karcie pojawiły się także napoje azjatyckie w puszkach (po 6 zł). Bardzo je lubimy, więc z chęcią wzięliśmy na spróbowanie marakujowy, jak i o smaku guawy.

Podczas pierwszego starcia z Vietnamką zamówiliśmy dwie przystawki oraz dwie zupy, bo koźlina się skończyła (choć po godzinie stolik obok jakimś trafem zamówił to danie i to ponoć ostatnią porcję, hmmm). Najpierw dostaliśmy jedną przystawkę, zaraz po niej zupę, potem kolejną przystawkę, a na drugą zupę czekaliśmy kolejnych 30 minut. Dziwne i niespotykane, ale tak właśnie było.

Na pierwszy ogień poszły Gỏi Cá – spring rollsy z panierowaną rybą, ananasem, kokosem i sezamem (21 zł za 3 sztuki i sos). Monsieur nie jest fanem ciasta ryżowego, za to mi takie smakołyki bardzo odpowiadają. Zwłaszcza z przyjemnym, słodkawym sosem zestaw ten okazał się być lekkim i delikatnym wstępem do dań grubszego kalibru.

Drugą naszą przystawką była szarpana wołowina w sosie winnym z bagietkami (21 zł). Obojgu nam smakowała wyjątkowo. Chrupiące, ciepłe kawałki bagietki można bez umiaru zamaczać w intensywnym bulionie, jaki towarzyszy delikatnemu mięsu. Po prostu palce lizać! Jest to też przystawka, która może w zupełności stanowić cały posiłek dla jednej osoby, bo porcja jest solidna.

Do zup podawane są zioła i przyprawy w bambusowym koszyczku. Podoba mi się ten pomysł, bo nie dość, że przyjemnie wygląda, to dodatkowo każdy może doprawić swoją zupę według uznania. Uwaga na papryczkę chili – jest super pikantna!

Phở bò chín (21 zł), czyli phở z gotowaną wołowiną jest delikatna, subtelna, ale jednocześnie ma w sobie mnóstwo ciekawych aromatów. Genialne jest mięso pokrojone w cienkie plastry. Dosłownie rozpada się pod delikatnym naciskiem bambusowych pałeczek. Pychota!

Phở bò sốt vang (26 zł) to zaś propozycja podobna do naszej przystawki. Wołowina jest dokładnie ta sama i smakuje równie dobrze. W zupie za to dodatkowo mamy makaron ryżowy, który nieco rozrzedza bulion z mnóstwem przypraw. Obie wersje tej cudnie mięciutkiej wołowiny są grzechu warte. Jest jeszcze trzecia, którą zamawia wielu gości – phở z parzoną wołowiną (28 zł). Ta ostatnia polega na tym, że obsługa podaje do stolika talerz z surowym mięsem, makaronem i przyprawami i zalewa go gorącym bulionem. Mięso tylko lekko się sparza i pozostaje nieco surowe. Spróbujemy jak tu wrócimy, gdy Mały Monsieur będzie już po drugiej stronie brzucha 😉

Tak jak wspomniałam, deseru z tapioki z mango i smoczym owocem (15 zł) niestety nie było, więc Monsieur zamówił tylko kawę z jajkiem (15 zł). To kawa parzona po wietnamsku z pianką zrobioną z surowego jajka ubitego na gęstą pianę z sokiem z limonki i z dodatkiem cukru. Bardzo interesująca propozycja, choć oczywiście bardzo słodka.

vietnamka

W takcie drugiej wizyty zdecydowaliśmy się na inne pozycje. Nem hai san czyli sajgonki z owocami morza (19 zł) były super chrupiące i bardzo smakowite. Szkoda tylko, że są podawane bez sosu – ten, który widzicie na zdjęciu bardzo do nich pasował, ale de facto dedykowany był kolejnej przekąsce i to z nią przywędrował na nasz stół.

Bánh Xèo, bo o nim mowa, to chrupiący naleśnik z boczkiem, kiełkami i krewetkami w środku (25 zł). Dla mnie to zdecydowanie jedna z najmocniejszych pozycji w tutejszym menu. Naleśnika rwie się na kawałki, zawija w liść sałaty, doprawia miętą, pachnotką i macza w sosie. Pyszna rzecz i zdecydowanie warta uwagi.

Za drugim podejściem koźlina była już dostępna. Hurra! Dê rựa mận (32 zł) to danie podawane w dwóch miseczkach. W jednej jest makaron ryżowy, a w drugiej długo gotowana koźlina w trawie cytrynowej, z dodatkiem galangalu i koziej krwi. Jeśli lubicie kaszankę to jest duża szansa, że Wam posmakuje. Monsieur był zadowolony, ale uznał, że w jego misce było trochę za dużo tłustych kawałków. Mi, szczerze mówiąc, propozycja ta nie przypadła do gustu, ale po prostu nie przepadam za daniami z dodatkiem gotowanej krwi.

Osobiście za to wybrałam phở bò tái (28 zł), czyli phở z parzoną wołowiną, której nie mogłam spróbować przy pierwszej wizycie, gdy byłam jeszcze w ciąży. To też chyba najbardziej spektakularne danie, z jakim się tu spotkacie. Przy stoliku bowiem miska z surowymi plastrami wołowiny i innymi dodatkami zalewana jest gorącym bulionem z żeliwnego czajnika. Po kilkunastu sekundach mięso jest ugotowane. Oczywiście, jak i przy pierwszej wizycie, także i tym razem zupie towarzyszył koszyczek z ziołami i przyprawami. Zdecydowanie jednak ta wersja phở przegrała dla mnie z talerzem z wołowiną w sosie winnym. Była po prostu mniej wyrazista.

vietnamka

Tym razem na deser ponownie chcieliśmy zamówić tapiokę i ponownie nie była dostępna. Można się zastanawiać po co umieszczać w menu danie, którego faktycznie nie można zamówić. Albo może my po prostu nie mieliśmy szczęścia podczas naszych dwóch wizyt…?

Vietnamka – podsumowanie:

Jedzenie podczas obu wizyt smakowało nam ogromnie, choć lekki niedosyt pozostał po brakujących składnikach i daniach z menu, których nie było.  Po obu wizytach i przetestowaniu prawie całego menu dajemy solidną „4+” za całokształt, ale sugerujemy wizytę koło południa, bowiem wieczorami ponoć czas oczekiwania na jedzenie niebezpiecznie się wydłuża.

Tutejsza kuchnia daje radę: jest super aromatyczna, świeża, pachnąca, a dania podane są w atrakcyjny dla oka sposób. Ceny dań są adekwatne do rozmiarów porcji i z dużą przyjemnością wróciliśmy tu, by spróbować kolejnych pozycji z menu. Być może trzeba dać temu miejscu jednak jeszcze więcej czasu, by okrzepło od namiaru wrażeń po oficjalnym otwarciu.

Do przeczytania!

E.

Rachunek

Podobne wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tutaj możesz dodać zdjęcie do komentarza

Vietnamka
Moja ocena [1]: 4.5
Rodzaj kuchni: wietnamska
Przedział‚ cenowy: do 30 zł
Poznańska 7, Warszawa
Zobacz na Mapach Google
@MadameEdith on Instagram